Sample Data-Articles

/wg planowanej kolejności wykonywania/

- remont najbardziej zniszczonej łazienki w Klasztorze wraz z izolacją poziomą oraz przebudową dwóch cel – przewidywany koszt: ok.  25 000 zł;

- remont części piwnic, a zwłaszcza przygotowanie w piwnicach zaplecza sanitarnego dla robotników, uzupełnienie stropu, zalanie wyrw – przewidywany koszt: ok. 20 000 zł.

- izolacja przeciwwilgociowa całego budynku Klasztoru – poziom zawilgocenia murów sięga miejscami nawet kilkunastu procent – w pierwszej kolejności trzeba ją będzie wykonać w części wschodniej budynku, gdzie mur Klasztoru graniczy bezpośrednio z sąsiednią działką, która wkrótce zostanie zabudowana – najbliższy rok to prawdopodobnie ostatnia chwila na odkopanie i zaizolowanie fundamentów od tej strony. Koszt: co najmniej kilkaset tysięcy złotych;

- skucie podłóg i wykonanie izolacji poziomej w części budynku, gdzie pod posadzką są jedynie gruzy;

- remont generalny Kaplicy i chóru (czyli części kaplicy przeznaczonej dla sióstr) – w dotychczasowym układzie większość sióstr nie widzi nawet ołtarza podczas Mszy św.;

- restrukturyzacja przestrzeni w przynajmniej dwóch częściach Klasztoru – mimo dużej rozpiętości budynku przy dotychczasowym układzie brakuje nam nawet pomieszczeń na cele zakonne i pracownie, a także na bibliotekę i kapitularz;

- restrukturyzacja ogrodu;

- remont generalny zabytkowego muru klasztornego, którego stan jest już w tym momencie bardzo zły;

- odnowienie części elewacji Klasztoru;

- wymiana pozostałych okien oraz kilku drzwi wejściowych;

- naprawa odpływu kanalizacyjnego, który jest zarwany na głębokości ok. 4 metrów, a który z braku środków został tylko doraźnie oczyszczony i związane z tym położenie nowej nawierzchni na terenie przed Klasztorem;

- instalacja odgromowa w całym budynku – koszt: ok. 60 000 zł.

W okresie Powstania Warszawskiego nasz klasztor mieścił się w domu przy ul. Wolskiej 27/29. Zajmowałyśmy część parteru i część piętra. Było nas 12 sióstr (w tym nowicjuszki, postulantki oraz jedna siostra furtianka). Również rolę furtianki pełniła pani Halina Łukaszewiczowa, staruszka, wdowa po lekarzu.

Na kilka dni przed powstaniem otrzymałyśmy z RGO na przechowanie prowiant (marmoladę, cukier itp.), wraz z pozwoleniem czerpania z tego zapasu na nasze potrzeby. Nie przypuszczałyśmy, że wkrótce to wszystko spłonie wraz z domem.

W dniu 1 sierpnia odwiedził nas Przełożony, Nasz Ojciec Prowincjał Józef Prus, karmelita bosy. Spieszył się, by wrócić na Mokotów, gdzie Ojcowie mieli swój klasztor. Natomiast pani Łukaszewiczowa nie zdążyła już wrócić do swego mieszkania na Śródmieściu i pozostała u nas.

Przed wybuchem powstania dochodziły do nas echa entuzjastycznych nastrojów. Opowiadano nawet, że Niemcy samorzutnie wycofują się z miasta.

1 sierpnia rozpoczęła się strzelanina, dał się słyszeć warkot samolotów. Panowało ogromne podniecenie. Od czasu do czasu przebiegali przez nasz ogród powstańcy. Jeden z nich, przez werandę, na którą wychodziły drzwi z naszego chóru zakonnego, wpadł do zakrystii prosząc, by mu coś dano do picia. Trudno zapomnieć takie twarze – młode, uduchowione, natchnione ogromnym zapałem, przypominające jasnowłosych aniołów Fra Angelica… Innym razem przyszła ich grupka, aby przez okno pierwszego piętra strzelać na ulicę. Opanowała nas radość, niestety przedwczesna. Myślałyśmy nawet o tym, aby przez okno wywiesić na ulicę polską flagę.

Dni spędzałyśmy w schronie. Na piętro, gdzie mieściła się kuchnia wychodziła jedna z sióstr, by przygotować prymitywny posiłek. W tej samej piwnicy, oddzielona od nas grubymi drzwiami schroniła się grupka ludzi świeckich z okolicznych domów. Wokół padały pociski. Bomba rzucona z samolotu trafiła w karuzelę, znajdującą się na sąsiednim placu.

W dniu 5 sierpnia pocisk wpadłszy do pobliskiego klasztoru Ojców Redemptorystów zburzył część domu, w której znajdowała się biblioteka. Wówczas Matka Przełożona poprosiła, aby któryś z Ojców Redemptorystów odprawiających u nas Mszę Św. przeniósł Najświętszy Sakrament do naszego schronu. Przybiegł więc młody o. Tadeusz Müller, cały jeszcze obsypany pyłem po niedawnym wybuchu bomby i przeniósł tabernakulum oraz puszki z Sanctissimum do schronu. Odchodząc powiedział do nas: „Jakże chętnie pozostałbym tutaj! Ale przyjdę jutro, jeśli będę żył”. Miał przyjść nazajutrz na Mszę Św., ale to nazajutrz było ostatnim dniem jego życia.

Po południu 5 sierpnia panna Helenka, dawna służąca rodziny Biernackich, do których należała dawniej cała ta posesja, weszła do schronu i ponurym głosem oznajmiła: „Palimy się!”. Dwie Siostry wybiegły na piętro. Istotnie, boczne parterowe skrzydło domu stało w ogniu. Z pobliskiego klasztoru Redemptorystów, gdzie ulokowali się powstańcy, ze świstem leciał grad kul. Nie było nic do zrobienia; otworzyłyśmy tylko kurki wodociągu, aby woda mogła zalać budynek i ewentualnie przeszkodzić pożarowi. Pomysł oczywiście naiwny.

Zgromadzenie nasze znajdowało się w schronie otaczając tabernakulum i modląc się. Dwie Siostry wyszły na werandę, gdy nagle wpadła do chóru zakonnego grupa esesmanów. Obwieszani koliami nabojów, z pistoletami w rękach szli bardzo ostrożnie rozglądając się wokoło. Całkiem niespodziewanie spotkałam się z nimi twarzą w twarz. Krzyknęłam: „Niemcy!” i wybiegłam z chóru. Esesmani z okrzykiem: „Raus!” zatrzymali się na werandzie przy otworze prowadzącym do schronu. Gdy zastanawiali się, co z nami zrobić, a któryś z żołnierzy przykładał jednej siostrze pistolet do piersi, wówczas s. Maria Jarochowska, władająca znakomicie językiem niemieckim, zwróciła się do żołnierzy żądając rozmowy z komendantem. Dźwięk ojczystej mowy wywarł na nich jakiś magiczny wpływ. Komendant, któremu siostra zaczęła perswadować, że nie ma tu dla nich żadnego niebezpieczeństwa, rzekł do żołnierzy: „Do kobiet nie będziemy strzelać”. Następnie kazał sobie podać mszalne wino do picia, oświadczając, że może pić takie wino, ponieważ jest pastorem. Zanim jednak wypił przyniesione wino, polecił s. Marii, aby wpierw je spróbowała, by się w ten sposób przekonać, że nie podano mu trucizny.

Gdy to się działo w klauzurze, Niemcy wpadli również od strony ulicy do tej części schronu, gdzie znajdowała się ludność świecka. Na schodach zabili tutejszego ogrodnika, a do schronu rzucili bombę. Skutkiem tego mała lampka zgasła i schron pogrążył się w ciemnościach.

Gdy nasze Siostry wychodziły kolejno ze schronu, Matka Przełożona oraz siostra zakrystianka wyniosły dwie puszki z Najświętszym Sakramentem, a wtedy s. Maria powiedziała: „Proszę się rozstąpić, gdyż idzie Matka Przełożona i niesie Najświętszy Sakrament”. Niemcy rozstąpili się. Następnie wyszła ze schronu również ludność świecka. Kazano wszystkim przejść z werandy na pobliski trawnik i tutaj pochylić się ku ziemi, gdyż od strony Ojców Redemptorystów leciał wciąż błękitnawy ogień. Uklękłyśmy, aby spożyć Najświętszy Sakrament dla zabezpieczenia go przed profanacją w razie gdyby nas rozstrzelano.

Zachęcałyśmy również ludzi świeckich, aby przyjęli Komunię św. Nie wiedząc, co jeszcze z nami będzie, same przyjmowałyśmy ją jako wiatyk. Rzeczywiście, dla mężczyzn znajdujących się w schronie miała być wiatykiem. Zaraz bowiem po rozdaniu Komunii św. Niemcy odłączyli mężczyzn i wskazali im dwie ścieżki, którymi mieli iść w głąb ogrodu. W miarę jak odwróciwszy się szli we wskazanym kierunku, esesmani z całym spokojem, dokładnie mierząc w plecy kładli ich trupem na miejscu. Uratował się tylko jeden mężczyzna, gdyż żołnierz niemiecki słysząc głośny płacz córek tego nieszczęśliwca, polecił mu z cicha skryć się w grupie kobiet. Te wzięły go szybko pomiędzy siebie i okryły głowę chustką. W ten sposób ocalał.

Jeden z żołnierzy zaproponował komendantowi, że odprowadzi nas do najbliższego punktu Czerwonego Krzyża (mieszczącego się w szpitalu zakaźnym przy ul. Wolskiej 37). Konwojując nas powiedział po drodze: „ To ja uratowałem wam życie, ponieważ mam siostrę w klasztorze”. W szpitalu przywitała nas s. Helena Berne, Przełożona Sióstr Szarytek, zaprzyjaźniona z naszym Zgromadzeniem. Była to prawdziwa córka św. Wincentego a Paulo, pełna głębokiej wiary, niezłomnego męstwa i serdecznej dobroci dla cierpiących.

Otrzymałyśmy w szpitalu jedną separatkę, zaopatrzona w cztery łóżka. Jak na 17 osób (w tym kaleka i staruszki), miejsca nie nazbyt wiele, ale za wszystko należało się dziękować Bożej Opatrzności.

W szpitalu sprawa aprowizacji przedstawiała się kiepsko, ale Siostry Szarytki wspierały nas jak mogły. Co dzień z rana któraś przyprowadzała nas na Mszę Św. do kaplicy umieszczonej w schronie.

W dzień słychać było strzelaninę stron walczących, w nocy odbywały się egzekucje. W powietrzu unosiły się czarne dymy z palonych ciał ludzkich. Pewnego dnia s. Berne przyszła do nas poruszona do głębi. Niemcy schwytali dwóch młodych powstańców i powiesili tych „polskich bandytów”, owijając ich ciała w biało-czerwone sztandary.

Wkrótce doszła nas wieść, że nasi sąsiedzi z ul. Karolkowej, Ojcowie Redemptoryści, wszyscy zginęli. Ocalało dwóch, którzy w czasie zajęcia klasztoru byli na mieście.

Niemcy przywozili schwytanych mężczyzn na dziedziniec przy kościele św. Wojciecha, gdzie ich rozstrzeliwano, a ciała na miejscu palono.

Postarałyśmy się u władz niemieckich o przepustkę i kilka z Sióstr wybrało się do naszego domu oraz do kościoła Ojców Redemptorystów. Tutaj pozostałe ślady mówiły o niedawnej tragedii: rozsypane komunikanty, mszał leżący na ołtarzu a otwarty na pamiętnym dniu 6 sierpnia. Najwidoczniej zabrano księży od ołtarza. Komunikanty (nie wiadomo, czy już konsekrowane) pozbierałyśmy. Wzięłyśmy także ocalałe paramenty i naczynia kościelne, aby dać je do przechowania.

Na dziedzińcu naszego klasztoru od strony ulicy Wolskiej stała armatka, biwakował niemiecki posterunek, w ogrodzie palono ciała pomordowanych ofiar. Dom spłonął doszczętnie. Zeszedłszy do piwnicy  znalazłyśmy ocalałe brewiarze, dzieła naszej reformatorki św. Teresy z Avila, kilka nadpalonych koców i trochę bielizny. Zabrałyśmy ten cenny dla nas dobytek , a jeden z towarzyszących nam żołnierzy – jak się okazało Polak z pochodzenia – otworzył książkę „Droga doskonałości”. Natrafił na zalecenie Świętej, by jej córki wiernie służyły Bogu, a wtedy nawet wrogowie zaspokajać będą ich potrzeby. Niebawem miało się to spełnić.

Żołnierz zwierzył się nam jeszcze, jak bardzo cierpiał moralnie, gdy zmuszano go do zabijania ludzi. „Rzuciłem karabin w krzaki i płakałem …”.

Bolesne dni w szpitalu wlokły się powoli, aż nagle sytuacja całkowicie się zmieniła. Szarytki ukrywały w szpitalu powstańców; znajdowała się tu również, prócz chorych, ludność cywilna. Niemcy urządzili więc „czystkę”. Dnia 12 sierpnia, przed południem rozległo się przeraźliwe: „Raus!”.

Ludziom wyprowadzonym z pawilonów kazano ustawić się na dziedzińcu i dokonano segregacji. Mężczyzn pozabijano.

Siostra Helena Berne czekała z przerażeniem patrząc, co się z nami stanie. Na skutek naszych perswazji i zaświadczenia, że Zakon Karmelitański związany jest z Hiszpanią, puszczono nas wolno. Zamierzałyśmy przedostać się do Lasek, do Zakładu, z którym łączyły nas serdeczne stosunki.

Wyruszyłyśmy w stronę peryferii ulicą Wolską, wzdłuż której czuwały gęsto rozmieszczone, niemieckie placówki. Najpierw natknęłyśmy się na młodego Alzatczyka, oburzonego do głębi tym, na co patrzył. „Ich krew będzie płynęła wysoko, strumieniami” – wołał.

Przechodząc od jednego posterunku do drugiego zostałyśmy wreszcie zatrzymane i przyłączone do grup zdążających na dworzec kolejki elektrycznej. Zawieziono nas do Pruszkowa, gdzie na dworcu w ciasnocie i brudzie czekały tłumy ludzi układając się do spoczynku gdzie się dało, nawet na zabłoconym cemencie.

Następnego dnia „załadowane” do jednego z bydlęcych wagonów zostałyśmy wreszcie wraz z trzema Siostrami Szarytkami wywiezione do Niemiec. Pociechę stanowił fakt, że jechałyśmy razem – i nie rozdzielono nas!

Wieziono nas w te sierpniowe dni w rozpalonym od żaru słonecznego żelaznym wagonie o małym, zakratowanym okienku, w nieopisanym tłoku, o głodzie i w pragnieniu (tylko niektórzy z podróżujących zdołali zabrać ze sobą żywność). Dopóki przejeżdżałyśmy przez Polskę, pociąg niekiedy stawał na stacjach, drzwi wagonów otwierano. Ludność miejscowa wychodziła wtedy na spotkanie usiłując zaopatrzyć nas w wodę i pieczywo. Była to kropla w morzu, ale jakże wymownie świadczyła o współczuciu dla rodaków. Przeważnie jednak te przystanki urządzano poza stacjami.

W ciągu całej podróży jeden raz w Niemczech w czasie południowego przystanku poza stacją rozdano wszystkim podróżnym zupę w papierowych miseczkach.

Wożono nas przez trzy doby po Niemczech, gdyż żaden obóz nie chciał już przyjąć nowego transportu, kłopotliwego zwłaszcza ze względu na bardzo niejednolity skład.

Wreszcie późnym wieczorem 15 sierpnia wysadzono nas w Wirtembergii, w małej miejscowości Betigheim, gdzie znajdował się obóz przejściowy. Wyznaczono miejsca w barakach i umęczeni ludzie odpoczęli wreszcie na nagim drzewie zapluskwionych, trzypiętrowych pryczy.

W obozie przejściowym spotkałyśmy się z Siostrami Urszulankami z Warszawy. Miały one ze sobą grupę dziewczynek, którymi się opiekowały.

Byli również w obozie Ojcowie Orioniści z klerykami i chłopcami. Dzięki temu mogłyśmy uczestniczyć we Mszy Św. odprawianej w dni powszechne w baraku a w niedzielę na obozowym boisku.

Posiłki bardzo liche i skąpe wydawano trzy razy dziennie (czarna zbożowa kawa, chleb z margaryną lub marmoladą, zupa), przy czym należało postarać się samemu o taki luksus jak miseczka na zupę, łyżka i nóż. Znalezione puszki po truciźnie, dobrze wyszorowane pełniły właśnie rolę talerzy.

W początkach pobytu panowała w barakach wielka ciasnota – w naszej izbie mieszkało 60 osób. Z czasem, gdy wielu ludzi odesłano do pracy, otrzymałyśmy osobny barak, który doprowadziłyśmy do wzorowego porządku. Na belce pod sufitem, w srebrnym, małym naczynku, schowanym w walizeczce, mieścił się Najświętszy Sakrament. A nawet dzięki temu, że szczególnym trafem zdołałyśmy uratować i zabrać ze sobą monstrancję (oraz mszalny kielich), jeden z księży mógł urządzić pewnego razu wystawienie Najświętszego Sakramentu. Wielu ludzi z obozu wzięło udział w adoracji.

Przez cały czas pobytu w Neckarsulm wiele życzliwości doznałyśmy od niejakiej Reny Orłowskiej, pełniącej tu z urzędu obowiązki sanitariuszki. Pomagała nam jak tylko mogła.

Komendant obozu nazwiskiem Schmidt okazywał zakonnicom szczególne zaufanie, pozwalając udawać się, celem wytchnienia, do pobliskiego lasku.

Pewnego dnia zjawili się w obozie przedstawiciele Gestapo. Ponieważ nie wiedziano, co zrobić z zakonnicami, gestapowcy orzekli, że wyślą nas do obozu koncentracyjnego. Na to Matka Henryka, Przełożona Sióstr Urszulanek, odpowiedziała: „O, tegośmy się po was nie spodziewali wcale!”. Gestapowcy usłyszawszy (chyba po raz pierwszy w życiu), że ktoś ma o nich dobre mniemanie, odstąpili od swego zamiaru. Zdecydowano, że pójdziemy do pracy.

I wreszcie na tym targu niewolników, jakim był nasz  „Durchgandslager” znalazł się i dla nas „nabywca”. Przedstawiciel firmy „Gebrüder Spohn” zaangażował nas do fabryki sznurków i juty w pobliskiej miejscowości Neckarsurm pod Stuttgartem.

Siostry Urszulanki wraz ze swymi wychowankami trafiły do fabryki nici w Heilbronnie, a Ojcom Orionistom w tymże mieście przypadła w udziale praca przy wyrobie przetworów i zup.

W połowie sierpnia przedstawiciel firmy Gebrüder Spohn nazwiskiem Steele zawiózł nas do Neckasulm. Tutaj otrzymałyśmy na mieszkanie jeden z domków przeznaczonych dla dzieci. Dom z małym ogródkiem kwiatowym był miły, czysty, zaopatrzony z dwupiętrowe prycze, stoły i krzesła oraz w małe, dziecięce umywalki. Z łazienki oraz z pralni miałyśmy korzystać w obrębie samejże fabryki.

Przyznano nam kartki żywnościowe oraz wynagrodzenie za pracę. Z tych szczupłych pensji po odtrąceniu kosztów utrzymania oraz ubezpieczalni niewiele zresztą pozostawało.

Mieszkańcy tego miasteczka okazywali nam wiele życzliwości. Nikt z nich nie miał pojęcia o tym, co działo się w Warszawie i starali się dowiedzieć od nas całej prawdy. Prasa informowała ich przecież, że wojska niemieckie broniły nas przed radzieckim napastnikiem. Dyrektorowie fabryki Spohn oraz Bank nieraz wypytywali ukradkiem s. Marię Jarochowską jak to naprawdę było z Warszawą. I zdumiewali się. Ludność miejscowa miała już dość hitlerowskiego reżimu, czekano na aliantów. Dyrektorowi Frei, konfidentowi Gestapo ludność obiecywała, że powiesi go na suchej gałęzi, gdy tylko wejdą wojska alianckie.

W niedzielę przychodził z pobliskiego Heilbronnu któryś z Ojców Orionistów i odprawiał w naszym mieszkaniu Mszę Św.

Do kościoła niemieckiego mogli Polacy przychodzić tylko w wyznaczoną niedzielę o południowej godzinie, gdy nie było ludności niemieckiej. Jednakże miejscowy proboszcz, zacny staruszek, który na pewno bolał nad tym stanem rzeczy (z życzliwości dla Polaków nauczył się słów: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”), przyjmował od czasu do czasu o zmierzchu naszą M. Przełożoną i  s. Marię, aby im powierzyć Najświętszy Sakrament, który następnie przechowywałyśmy u siebie.

Codziennie, bardzo wczesnym rankiem, M. Przełożona rozdzielała naszej gromadce Komunię Św., poczym wyruszałyśmy do pracy. Było jeszcze zupełnie ciemno, gdy dochodziłyśmy do fabrycznej kantyny, gdzie otrzymywałyśmy posiłki, takie same, jak robotnicy niemieccy, co oczywiście należało uważać za wyróżnienie.

Sprowadzono nas przecież do fabryki w tym celu, by podnieść moralny poziom pracujących. Nie zmuszano nad do zdjęcia habitów, nakładałyśmy tylko wielkie fabryczne fartuchy a na welony zakonne ochronną siatkę. Część naszych Sióstr zatrudniono przy warsztatach tkających jutę, nocna zmiana Sióstr natomiast pracowała przy wyrobie sznurków. Matka Przełożona otrzymała posadę dyżurnej sanitariuszki. Mnie przypadło w udziale obliczać i zapisywać produkcję juty. Jeden z moich „kolegów” mierzył utkane bale materiału, a drugi je ważył. Te dane wykrzykiwali mi do ucha (gdyż wobec panującego wokół nieludzkiego hałasu nie można było inaczej się porozumieć), ja zaś wpisywałam je do ksiąg, obliczając różne „Sollgewicht”, „ Übergewicht” etc. Starszy mój „kolega”, Niemiec, nieraz dyskretnie dzielił się ze mną drugim śniadaniem. Żalił się na naszego współpracownika, młodego, beztroskiego Belga, który co dzień o tej samej porze wymykał się od pracy, aby wypalić papierosa. „Regularnie jak zegarek” – skarżył się zacny Matthes.

Również z Siostrami pracującymi na hali fabrycznej Niemki dzieliły się swoim drugim śniadaniem. Przechodząc mimo wsuwały Siostrom raz po raz coś do kieszeni fartucha, a „kapo” pilnujący pracy zdawał się nie zauważać tej manipulacji.

Gdy po pracy wracałyśmy do naszego mieszkania poprzez ulice starego miasteczka (w którym czas jakby stanął, zapatrzony w średniowieczne mury z basztami i w zabytkowe budowle), to nieraz z okna małej kamieniczki jakaś kobieta kiwała przyjaźnie, aby nas zatrzymać i wręczyć dar – bardzo skromny zresztą, ale cenny dzięki życzliwości jaką wyrażał.

Czas nie stał jednak w miejscu, a młodsze Siostry nieprzyzwyczajone do całonocnej pracy zaczęły upadać na siłach. Wszystkie zresztą z powodu częstych nalotów byłyśmy zmuszone (na polecenie Niemców) udawać się w nocy do schronu. Fabryka odpowiadała przecież za swoje pracownice!

W Polsce nie zapomniano o nas. Ks. Kardynał Sapieha interweniował u władz niemieckich, a o. Marek Martinem de la Fuente, Hiszpan, karmelita bosy, u konsula hiszpańskiego. Poszukując nas dotarł aż do Berlina.

Wreszcie dyrekcja fabryki otrzymała nakaz, aby Karmelitanki zwolnić. Żegnano nas przyjaźnie, a my z ogromną radością pakowałyśmy swoje bardzo skromne tobołki podróżne. W drodze powrotnej, na dworcach spotykałyśmy się tu i ówdzie z objawami przychylności.

Gdy 25 października 1944 roku wysiadłyśmy wreszcie na końcowej stacji, to jest w Krakowie, bolesny widok uderzył nasze oczy. Umęczeni, zbiedzeni ludzie spali pokotem na zabłoconej podłodze, a urzędnik niemiecki, na wpół pijany, wywodził przed nami żale na swój los. Wraz z nieodstąpioną p. Łukaszewiczową udałyśmy się do klasztoru naszych sióstr przy ul. Kopernika 44. I można się domyślać radości tego powitania.

O powrocie do ruin warszawskich na razie nie można było marzyć, toteż Ojciec Prowincjał, Józef Prus kazał urządzić dla nas prowizoryczny klasztorek w parterowym domku folwarcznym we wsi Paczółtowice w pobliżu Czernej pod Krakowem.

Z początkiem listopada byłyśmy tam już wszystkie razem. Brat Wawrzyniec, karmelita bosy, przygotował prowizoryczną klauzurę i życie zakonne karmelitańskie znów się rozpoczęło.

Co dzień przychodził z czernieńskiego klasztoru któryś z karmelitów dla odprawienia Mszy Świętej. Musiałyśmy dostosować się do nowych warunków naszego dnia, gdyż dworek paczółtowicki nie posiadał oświetlenia, o naftę zaś było bardzo trudno. Trudno było także o wodę, którą w dużej beczce z dość znacznej odległości nam przywożono. Gdy opadł obfity śnieg, panowała u nas wielka radość, można było przecież nazbierać dużo tego cennego artykułu i przetopić go dla uzyskania wody.

Ojcowie karmelici w tym czasie troszczyli się o nasze utrzymanie. Starałyśmy się choć w części odwdzięczyć się, robiąc pończochy, szyjąc, przędąc na kołowrotku.

W styczniu 1945 r. przeżyłyśmy ucieczkę Niemców i przybycie wojsk radzieckich.

W lecie 1945 r. Ojciec Prowincjał udał się do Warszawy, aby obejrzeć ruiny domu przy ul. Wolskiej 27. Ruiny poczerniałe od dymu nie budziły radosnych nadziei, jednakże piękny ogród, tak bardzo potrzebny w życiu klauzurowym, natchnął Ojca Prowincjała postanowieniem odbudowy. O. Prus wszedł w kontakt z inż. prof. Marzyńskim, który sporządził plan posesji, a następnie służył nam zawsze wszelką pomocą i radą.

O. Prus zaangażował znajoma osobę do prowadzenia remontu. Do jesieni odbudowano i pokryto dachem 4 pokoiki. Kuchnię urządzono w piwnicy. Dnia 3 października przybyły dwie Karmelitanki z Paczółtowic, aby nadzorować odbudową. Wkrótce przyjechała trzecia. Od 9 listopada w małej, prowizorycznej kapliczce umieszczono Najświętszy Sakrament. Na codzienne odprawianie Mszy Św. trzeba było jeszcze poczekać.

Zimę 1945-46 roku przeżyłyśmy nie bez trudności wobec ogromnej wilgoci panującej w świeżo otynkowanych pomieszczeniach. Nieraz trzeba było wchodzić na drabinę i ścierać wodę zbierającą się na suficie. Na wiosnę 1946 roku przybyło z Paczółtowic całe Zgromadzenie. Rozpoczęła się powolna (ze względu na brak funduszów) odbudowa, trwająca dziesiątki lat. Wreszcie zabytkowy dom „Pod Opatrznością”, odbudowany według planów inżynierów Krasińskiego a następnie Żurowskiego i przystosowany do życia zakonnego odzyskał dawne piękno.

Jedynie tylko pamiątkowa tablica umieszczona na frontowej ścianie przy wejściu do kaplicy oraz krzyż w przyległym ogródku świadczą o bolesnej przeszłości tego miejsca.

 

 

 

 

+                    +                     +

 

 

 

 

 

Obok różańca świętego, Szkaplerz święty jest jedną z najpopularniejszych i najbardziej rozpowszechnionych praktyk pobożności maryjnej w Kościele. Co więcej, nie przynależy do sfery indywidualnej, osobistej pobożności, ale jest praktyką obiektywnie przez Kościół zalecaną[1], o czym świadczy również fakt, że wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, czyli Matki Bożej Szkaplerznej, jest obchodzone w kalendarzu liturgicznym całego Kościoła, a nie tylko w Zakonie karmelitańskim.

Czym jest szkaplerz?

Od strony materialnej szkaplerz to dwa małe kawałki brązowego materiału noszone na szyi tak, że jedna część opada na piersi, a druga na plecy, nakładane przez kapłana (lub diakona) według zatwierdzonego przez Kościół obrzędu, z którego noszeniem wiążą się pewne określone obowiązki (kult NMP, troska o życie chrześcijańskie i czyste według stanu) oraz przywileje (opieka Matki Bożej w życiu doczesnym, obietnica zbawienia wiecznego i szybkiego wybawienia z czyśćca).

Jednak, takie „zewnętrzne” spojrzenie, podobnie jak widzenie w szkaplerzu jedynie swoiście rozumianej „praktyki pobożnej”, jest zdecydowanie niewystarczające.

W istocie, szkaplerz jest habitem karmelitańskim „w miniaturze”, a przyjęcie do szkaplerza świętego oznacza przyjęcie do szeroko pojętej rodziny karmelitańskiej i włączenie we wszystkie jej duchowe dobra (owoce płynące z modlitwy, ofiary, świętości życia wszystkich członków Zakonu karmelitańskiego) i w jej duchowy „sposób funkcjonowania”: maryjność, naśladowanie Chrystusa, oddanie dobru Kościoła i wszystkich ludzi. 

Nade wszystko, szkaplerz jest znakiem Maryi. Rzeczywiście, jako Karmelici jesteśmy Braćmi i Siostrami Najświętszej Maryi Panny. Habit naszego Zakonu nazywany jest habitem Najświętszej Maryi Panny i wyraża szczególną więź z Matką Najświętszą i przynależność do niej. To samo znaczenie ma noszenie „habitu w miniaturze”, czyli szkaplerza świętego. Kto przyjął szkaplerz, w istocie oddał się Matce Najświętszej:

- Oddał się pod Jej szczególną matczyną opiekę na całą drogę swego życia, we wszystkich jego wydarzeniach, by Maryja mogła prowadzić go do Jezusa, do jak najpełniejszej komunii z Trójjedynym Bogiem; oddał się Jej też w opiekę na godzinę swojej śmierci. W Karmelu to oddanie nie wyraża się w spektakularnych formach, ale jest dyskretne, „ciche”, a zarazem przenikające „od środka”, w ukryty sposób całe życie. Jest odkryciem bliskości konkretnej osoby – Maryi na drodze własnego życia i powołania, rodzajem przyjacielskiej, choć bardzo dyskretnej relacji.

- Jeśli ktoś wchodzi w tę przestrzeń „przyjaźni”, to musi też ona zacząć przenikać całe jego życie. Stąd w oddaniu Maryi nie wystarczy tylko kult, musi zaistnieć też naśladowanie. Kto przyjmuje szkaplerz, pragnie naśladować w swoim życiu postawy Maryi: jej słuchanie Boga i pełne miłości pełnienie we wszystkim Jego woli, Jej trwanie przy Chrystusie, również jej wyjście ku bliźnim. Jan Paweł II w Liście do Przełożonych Generalnych obu gałęzi Zakonu karmelitańskiego na 750-lecie Szkaplerza świętego pisał: „Nabożeństwo do Niej [do Maryi] nie może ograniczać się tylko do modlitw i hołdów składanych jej przy określonych okazjach, ale powinna stanowić ‘habit’, czyli nadawać stały kierunek chrześcijańskiemu postępowaniu, opartemu na modlitwie i życiu wewnętrznym poprzez częste przystępowanie do sakramentów i konkretne uczynki miłosierne co do ciała i co do duszy”.

Takie oddanie się Maryi i naśladowanie Jej postaw nie jest celem samym w sobie. Maryja nie stawia w centrum samej siebie, ale zawsze prowadzi do swojego Syna. W centrum naszej wiary jest Chrystus, jedyna droga prowadząca do Ojca. Maryja jest Tą, która „towarzyszy nam w codziennym staraniu o wewnętrzne przyoblekanie się w Chrystusa” (z formuły nałożenia szkaplerza), Tą, która uczy, jak do Niego dążyć, naśladować go i żyć w oddaniu się Jemu, co jest ideałem wyrażonym w Regule karmelitańskiej.

Maryja uczy też, jak oddawać się braciom i siostrom. I to jest trzeci aspekt istotny dla duchowości Karmelu. Karmel jest eklezjalny, apostolski i misyjny. Prawdziwa modlitwa nigdy nie skupia na sobie, ale prowadzi do postawy służby, której najlepszym przykładem i wzorem jest Maryja. Stąd przy nałożeniu szkaplerza kapłan modli się, aby ten, kto będzie go nosił „współpracował w Kościele dla dobra wszystkich ludzi” i „żył dla Chrystusa tym samym duchem kontemplacyjnym i apostolskim”, co cała wspólnota Zakonu karmelitańskiego.

Warto wspomnieć tu o symbolicznej interpretacji samego wyglądu szkaplerza, którą podaje o. Szczepan Praśkiewicz: „Jedna część szkaplerza suknianego opada na plecy. Oznacza to (…), że trudy, doświadczenia i krzyże znosić winniśmy pod opieką Maryi z poddaniem się – jak Ona – woli Bożej. Druga część szkaplerza spada na piersi, w których bije przecież nasze serce, motor życia. Szkaplerz jest tu przypomnieniem, że ma ono być dla Boga i dla bliźnich. Tym sercem mamy kochać Boga i braci, to serce mamy oderwać od przywiązań doczesnych i związać – przez pośrednictwo Maryi – z dobrami wiecznymi”[2].

Z takiego spojrzenia na szkaplerz wynikają już jasno obowiązki, które od strony formalnej nałożone są na tego, kto szkaplerz przyjmuje:

- noszenie w dzień i w nocy szkaplerza nałożonego przez kapłana;

- kult Matki Bożej, szerzenie Jej czci stosownie do swoich możliwości oraz codzienne odmawianie modlitwy maryjnej zaleconej przez kapłana przy przyjęciu szkaplerza;

- czystość według stanu, czyli troska o świętość życia, naśladowanie cnót Matki Bożej oraz pełnienie uczynków miłosierdzia modlitwą, ofiarą, czynem i słowem na wzór Maryi.

I nie chodzi tu o jakiś zewnętrzny przymus czy dodatek do noszenia szkaplerza, nie chodzi o mnożenie zewnętrznych praktyk, ale o konkretne wskazówki, jak w codziennym życiu realizować maryjność w wydaniu karmelitańskim, jak stawać się coraz bardziej chrześcijaninem wraz z Maryją i na Jej wzór.

Wynika też stąd jasno, czym szkaplerz nie jest. A nie jest w żadnym wypadku rodzajem talizmanu czy amuletu, który automatycznie zapewnia człowiekowi łaskę, pomoc, zbawienie, szybkie wybawienie z czyśćca… Takie podejście byłoby podejściem magicznym, czyli obrażającym Boga, niszczącym przyjaźń z Nim, którą nabożeństwo szkaplerzne ma za zadanie pogłębiać. Warto tu pamiętać, że Szkaplerz św. jest jednym z sakramentaliów, a te nie działają same z siebie, ale w zależności od wiary i gorliwości człowieka, który z nich korzysta. Znak Szkaplerza ma prowadzić do pogłębienia komunii z Bogiem przez zażyłość z Matką Najświętszą i mobilizować do troski o święte życie w codzienności. Jest zaproszeniem na drogę pogłębionego życia duchowego, a nie gwarantem otrzymania pewnych dóbr niezależnie od własnych wysiłków czy przy ich całkowitym braku i lekceważeniu.

Skąd się wziął szkaplerz?

To, co nazywamy szkaplerzem, było początkowo fartuchem używanym do prac przez zakonników, składającym się z dwóch podłużnych części materiału nakładanych przez ramiona. Tradycja podaje, że fartuch stał się świętą szatą, gdy Matka Najświętsza objawiła się generałowi Zakonu, św. Szymonowi Stockowi i wskazując na szkaplerz, dała go Zakonowi jako widzialny znak swojej szczególnej opieki wraz z zapewnieniem, że kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Działo się to 16 lipca 1251 r., zaledwie w kilkadziesiąt lat po przybyciu Karmelitów do Europy z Ziemi Świętej, skąd musieli uciekać wobec zagrożenia muzułmańskiego. Trzynastowieczna Europa była im nieprzychylna, już istniejące Zakony widziały dla siebie konkurencję w pojawieniu się nowego; istniało realne ryzyko likwidacji Karmelu. W tych warunkach św. Szymon Stock wzywał pomocy Maryi, której jego Zakon był poświęcony, i tej pomocy doznał. Jest faktem, że Zakon pozostał, rozwinął się w Europie, a nabożeństwo szkaplerzne w niedalekiej przyszłości rozszerzyło się również na wiernych świeckich.

Jednak to, co przydaje mu wagi, to nie sam fakt objawienia udzielonego Szymonowi Stockowi, ale zatwierdzenie go przez Kościół, wielokrotnie potwierdzane w ciągu wieków, począwszy od tzw. Bulli sobotniej wydanej przez papieża Jana XXII na początku XIV wieku, zapewniającej, że kto umrze w szkaplerzu karmelitańskim, zostanie w pierwszą sobotę po śmierci uwolniony z czyśćca[3].

Kilka praktycznych uwag, czyli co powinni wiedzieć ci, którzy chcą przyjąć szkaplerz:

- Szkaplerz musi nałożyć kapłan (lub diakon). Może to być jakikolwiek kapłan (niekoniecznie karmelita), byleby użył zatwierdzonego przez Kościół obrzędu;

- W wyniku przyjęcia do Szkaplerza, jest się włączonym do szeroko pojętej rodziny karmelitańskiej i uczestniczy we wszystkich jej duchowych dobrach. Instytucjonalne formy włączenia nie są wymagane. Osoby, które tego pragną, mogą jednak zrzeszać się w Bractwach szkaplerznych, istniejących często przy klasztorach karmelitańskich;

- Przyjęcie do szkaplerza dokonuje się szkaplerzem sukiennym, ale według uznania, można go potem zastąpić medalikiem szkaplerznym (powinien mieć z jednej strony wizerunek Najśw. Serca Pana Jezusa, a z drugiej – Matki Bożej Szkaplerznej);

- Obrzędu przyjęcia do szkaplerza dokonuje się tylko jeden raz. Gdy stary szkaplerz się zniszczy, wystarczy założyć nowy. Nowego szkaplerza nie trzeba święcić, gdyż w wyniku obrzędu przyjęcia, poświęcona zostaje osoba, która go nosi. Zniszczony szkaplerz najlepiej spalić. Jeśli z jakiegoś powodu zaprzestało się noszenia szkaplerza, również wystarczy samemu go sobie nałożyć, podejmując ponownie wymogi nabożeństwa (chyba że przestałoby się go nosić z lekceważenia i pogardy, wtedy powinien ponownie nałożyć go kapłan);

- Do Szkaplerza nie przyjmuje się osób nieobecnych – wyjątkiem są osoby ciężko chore, więźniowie i żołnierze, jednak w tych wypadkach należy dopełnić obrzędu przyjęcia, gdy przeszkody ustaną. Można przyjmować do szkaplerza małe dzieci, zaleca się jednak, żeby były w wieku, w którym są już w stanie zrozumieć podstawowe prawdy wiary.

W naszej Kaplicy Szkaplerz św. można przyjąć po każdej Mszy św. (zachęcamy do wcześniejszego telefonicznego zgłoszenia).

Do poczytania:

- Jan Paweł II, List Szkaplerz znakiem „przymierza” z Maryją, w: Nauczanie Kościoła i Zakonu o Szkaplerzu karmelitańskim, Kuria Krakowskiej Prow. OCD, Kraków 2002;

- List Przełożonych Generalnych O.Carm. i OCD, w: Nauczanie Kościoła i Zakonu o Szkaplerzu karmelitańskim, Kuria Krakowskiej Prow. OCD, Kraków 2002;

- Szkaplerz karmelitański, Biblioteka Zeszytów Karmelitańskich Nr 3, Flos Carmeli, Poznań 2002;

- o. Szczepan Praśkiewicz, Szkaplerz karmelitański dziś, Kuria Krakowskiej Prow. OCD, Kraków 1999;

- o. Jerzy Zieliński, W znaku szkaplerza, WKB, Kraków 2000;

- o. Jerzy Zieliński, Szkaplerz karmelitański drogą do jedności z Jezusem przez Maryję. Aspekty teologiczne., Kuria Krakowskiej Prow. OCD, Kraków 1998.


[1] „Papież Paweł VI zaznaczył wyraźnie, że Ojcowie Soborowi mówiąc o formach pobożności maryjnej zalecanych przez Kościół, mieli na myśli przede wszystkim różaniec święty i szkaplerz karmelitański” (Sz. Praśkiewicz OCD, Szkaplerz karmelitański dziś, Kuria Krakowskiej  Prowincji OCD, Kraków 1999).

[2] Dz. cyt., s. 14.

[3] Powyższe akapity są streszczeniem tekstu o. Sz. Praśkiewicza z opracowania Szkaplerz karmelitański dziś.

Intencje modlitwy:
 
"Święta [Teresa] przekazała swym córkom ducha apostolskiego,
pragnąc usilnie, aby były oddane dobru dusz i wzrostowi Kościoła.
Wyznaczyła im jako cel powołania posługę modlitwy i ofiary"
Z naszych Konstytucji

 

Jeśli potrzebujesz wsparcia w modlitwie, 
możesz przesłać nam Twoją intencję.

>>Tu wpisz Twoją intencję<<

 
Zapraszamy również na modlitwę w naszej Kaplicy:
Msza św. - codziennie o godz. 7.45 (OD 17.09.18 - O GODZ. 7.30).
Możliwość przyjęcia szkaplerza świętego po każdej Mszy św. (będziemy wdzięczne za wcześniejsze zgłoszenie).
Możliwość osobistej modlitwy - od godz. 6.00 do godz. 20.00.

 

 

Aktualności:

 

* UWAGA! Zmiana godziny Mszy św. w naszej Kaplicy. Od poniedziałku, 17.09.18, Msza św. będzie odprawiana o godz. 7.30. Serdecznie zapraszamy!

* 28-30 września, godz. 18.00 - Triduum ku czci św. Teresy od Dzieciątka Jezus (Msza św. z rozważaniami). Prowadzi: o. Łukasz Kasperek OCD.

1 października, godz. 18.00 - uroczysta Msza św. w dzień święta św. Teresy. Serdecznie zapraszamy!

* Zapraszamy do  zapoznania się z aktualnymi priorytetami remontowymi w naszym Klasztorze w Kąciku dla naszych Dobroczyńców... i dziękujemy za wszelką pomoc materialną! Raz w miesiącu w naszej Kaplicy odprawiana jest Msza św. w Waszych intencjach.

Postępują prace nad projektem remontu generalnego wolnostojących oficyn: I część projektu jest już gotowa; II część będzie prawdopodobnie gotowa przed końcem września. Ponadto, jeśli Pan Bóg pozwoli i uda nam się zgromadzić potrzebne środki, w najbliższych miesiącach będziemy próbowały podjąć przynajmniej I część przebudowy "koła" - furty (pomieszczenia "pierwszego kontaktu" dla ludzi przychodzących do Klasztoru).

* 24 sierpnia - rocznica założenia I Klasztoru karmelitanek bosych przez św. Teresę od Jezusa (1562 r.). Zapraszamy do wirtualnego zwiedzenia I Klasztoru Reformy terezjańskiej - klasztoru św. Józefa w Avila: http://www.lugaresteresianos.com/san_jose_avila/

* O szkaplerzu świętym.

 

Więcej informacji w naszych Aktualnościach...

 

 
 
 
 
 

Nasze dane kontaktowe:

Klasztor Mniszek Bosych Zakonu NMP z Góry Karmel
ul. Wolska 27/29
01-201 Warszawa
tel. (022) 632 50 74
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. 
Facebook: fb.me/karmelitankibose.warszawa

 

>>Formularz kontaktowy<<

 
Numery kont:
PLN 75 1240 1037 1111 0010 2552 6401
 
USD PL37 1240 1037 1787 0010 2552 6847 SWIFT CODE : PKOPPLPW
EUR PL79 1240 1037 1978 0010 2552 6629 SWIFT CODE : PKOPPLPW