W okresie Powstania Warszawskiego nasz klasztor mieścił się w domu przy ul. Wolskiej 27/29. Zajmowałyśmy część parteru i część piętra. Było nas 12 sióstr (w tym nowicjuszki, postulantki oraz jedna siostra furtianka). Również rolę furtianki pełniła pani Halina Łukaszewiczowa, staruszka, wdowa po lekarzu.

Na kilka dni przed powstaniem otrzymałyśmy z RGO na przechowanie prowiant (marmoladę, cukier itp.), wraz z pozwoleniem czerpania z tego zapasu na nasze potrzeby. Nie przypuszczałyśmy, że wkrótce to wszystko spłonie wraz z domem.

W dniu 1 sierpnia odwiedził nas Przełożony, Nasz Ojciec Prowincjał Józef Prus, karmelita bosy. Spieszył się, by wrócić na Mokotów, gdzie Ojcowie mieli swój klasztor. Natomiast pani Łukaszewiczowa nie zdążyła już wrócić do swego mieszkania na Śródmieściu i pozostała u nas.

Przed wybuchem powstania dochodziły do nas echa entuzjastycznych nastrojów. Opowiadano nawet, że Niemcy samorzutnie wycofują się z miasta.

1 sierpnia rozpoczęła się strzelanina, dał się słyszeć warkot samolotów. Panowało ogromne podniecenie. Od czasu do czasu przebiegali przez nasz ogród powstańcy. Jeden z nich, przez werandę, na którą wychodziły drzwi z naszego chóru zakonnego, wpadł do zakrystii prosząc, by mu coś dano do picia. Trudno zapomnieć takie twarze – młode, uduchowione, natchnione ogromnym zapałem, przypominające jasnowłosych aniołów Fra Angelica… Innym razem przyszła ich grupka, aby przez okno pierwszego piętra strzelać na ulicę. Opanowała nas radość, niestety przedwczesna. Myślałyśmy nawet o tym, aby przez okno wywiesić na ulicę polską flagę.

Dni spędzałyśmy w schronie. Na piętro, gdzie mieściła się kuchnia wychodziła jedna z sióstr, by przygotować prymitywny posiłek. W tej samej piwnicy, oddzielona od nas grubymi drzwiami schroniła się grupka ludzi świeckich z okolicznych domów. Wokół padały pociski. Bomba rzucona z samolotu trafiła w karuzelę, znajdującą się na sąsiednim placu.

W dniu 5 sierpnia pocisk wpadłszy do pobliskiego klasztoru Ojców Redemptorystów zburzył część domu, w której znajdowała się biblioteka. Wówczas Matka Przełożona poprosiła, aby któryś z Ojców Redemptorystów odprawiających u nas Mszę Św. przeniósł Najświętszy Sakrament do naszego schronu. Przybiegł więc młody o. Tadeusz Müller, cały jeszcze obsypany pyłem po niedawnym wybuchu bomby i przeniósł tabernakulum oraz puszki z Sanctissimum do schronu. Odchodząc powiedział do nas: „Jakże chętnie pozostałbym tutaj! Ale przyjdę jutro, jeśli będę żył”. Miał przyjść nazajutrz na Mszę Św., ale to nazajutrz było ostatnim dniem jego życia.

Po południu 5 sierpnia panna Helenka, dawna służąca rodziny Biernackich, do których należała dawniej cała ta posesja, weszła do schronu i ponurym głosem oznajmiła: „Palimy się!”. Dwie Siostry wybiegły na piętro. Istotnie, boczne parterowe skrzydło domu stało w ogniu. Z pobliskiego klasztoru Redemptorystów, gdzie ulokowali się powstańcy, ze świstem leciał grad kul. Nie było nic do zrobienia; otworzyłyśmy tylko kurki wodociągu, aby woda mogła zalać budynek i ewentualnie przeszkodzić pożarowi. Pomysł oczywiście naiwny.

Zgromadzenie nasze znajdowało się w schronie otaczając tabernakulum i modląc się. Dwie Siostry wyszły na werandę, gdy nagle wpadła do chóru zakonnego grupa esesmanów. Obwieszani koliami nabojów, z pistoletami w rękach szli bardzo ostrożnie rozglądając się wokoło. Całkiem niespodziewanie spotkałam się z nimi twarzą w twarz. Krzyknęłam: „Niemcy!” i wybiegłam z chóru. Esesmani z okrzykiem: „Raus!” zatrzymali się na werandzie przy otworze prowadzącym do schronu. Gdy zastanawiali się, co z nami zrobić, a któryś z żołnierzy przykładał jednej siostrze pistolet do piersi, wówczas s. Maria Jarochowska, władająca znakomicie językiem niemieckim, zwróciła się do żołnierzy żądając rozmowy z komendantem. Dźwięk ojczystej mowy wywarł na nich jakiś magiczny wpływ. Komendant, któremu siostra zaczęła perswadować, że nie ma tu dla nich żadnego niebezpieczeństwa, rzekł do żołnierzy: „Do kobiet nie będziemy strzelać”. Następnie kazał sobie podać mszalne wino do picia, oświadczając, że może pić takie wino, ponieważ jest pastorem. Zanim jednak wypił przyniesione wino, polecił s. Marii, aby wpierw je spróbowała, by się w ten sposób przekonać, że nie podano mu trucizny.

Gdy to się działo w klauzurze, Niemcy wpadli również od strony ulicy do tej części schronu, gdzie znajdowała się ludność świecka. Na schodach zabili tutejszego ogrodnika, a do schronu rzucili bombę. Skutkiem tego mała lampka zgasła i schron pogrążył się w ciemnościach.

Gdy nasze Siostry wychodziły kolejno ze schronu, Matka Przełożona oraz siostra zakrystianka wyniosły dwie puszki z Najświętszym Sakramentem, a wtedy s. Maria powiedziała: „Proszę się rozstąpić, gdyż idzie Matka Przełożona i niesie Najświętszy Sakrament”. Niemcy rozstąpili się. Następnie wyszła ze schronu również ludność świecka. Kazano wszystkim przejść z werandy na pobliski trawnik i tutaj pochylić się ku ziemi, gdyż od strony Ojców Redemptorystów leciał wciąż błękitnawy ogień. Uklękłyśmy, aby spożyć Najświętszy Sakrament dla zabezpieczenia go przed profanacją w razie gdyby nas rozstrzelano.

Zachęcałyśmy również ludzi świeckich, aby przyjęli Komunię św. Nie wiedząc, co jeszcze z nami będzie, same przyjmowałyśmy ją jako wiatyk. Rzeczywiście, dla mężczyzn znajdujących się w schronie miała być wiatykiem. Zaraz bowiem po rozdaniu Komunii św. Niemcy odłączyli mężczyzn i wskazali im dwie ścieżki, którymi mieli iść w głąb ogrodu. W miarę jak odwróciwszy się szli we wskazanym kierunku, esesmani z całym spokojem, dokładnie mierząc w plecy kładli ich trupem na miejscu. Uratował się tylko jeden mężczyzna, gdyż żołnierz niemiecki słysząc głośny płacz córek tego nieszczęśliwca, polecił mu z cicha skryć się w grupie kobiet. Te wzięły go szybko pomiędzy siebie i okryły głowę chustką. W ten sposób ocalał.

Jeden z żołnierzy zaproponował komendantowi, że odprowadzi nas do najbliższego punktu Czerwonego Krzyża (mieszczącego się w szpitalu zakaźnym przy ul. Wolskiej 37). Konwojując nas powiedział po drodze: „ To ja uratowałem wam życie, ponieważ mam siostrę w klasztorze”. W szpitalu przywitała nas s. Helena Berne, Przełożona Sióstr Szarytek, zaprzyjaźniona z naszym Zgromadzeniem. Była to prawdziwa córka św. Wincentego a Paulo, pełna głębokiej wiary, niezłomnego męstwa i serdecznej dobroci dla cierpiących.

Otrzymałyśmy w szpitalu jedną separatkę, zaopatrzona w cztery łóżka. Jak na 17 osób (w tym kaleka i staruszki), miejsca nie nazbyt wiele, ale za wszystko należało się dziękować Bożej Opatrzności.

W szpitalu sprawa aprowizacji przedstawiała się kiepsko, ale Siostry Szarytki wspierały nas jak mogły. Co dzień z rana któraś przyprowadzała nas na Mszę Św. do kaplicy umieszczonej w schronie.

W dzień słychać było strzelaninę stron walczących, w nocy odbywały się egzekucje. W powietrzu unosiły się czarne dymy z palonych ciał ludzkich. Pewnego dnia s. Berne przyszła do nas poruszona do głębi. Niemcy schwytali dwóch młodych powstańców i powiesili tych „polskich bandytów”, owijając ich ciała w biało-czerwone sztandary.

Wkrótce doszła nas wieść, że nasi sąsiedzi z ul. Karolkowej, Ojcowie Redemptoryści, wszyscy zginęli. Ocalało dwóch, którzy w czasie zajęcia klasztoru byli na mieście.

Niemcy przywozili schwytanych mężczyzn na dziedziniec przy kościele św. Wojciecha, gdzie ich rozstrzeliwano, a ciała na miejscu palono.

Postarałyśmy się u władz niemieckich o przepustkę i kilka z Sióstr wybrało się do naszego domu oraz do kościoła Ojców Redemptorystów. Tutaj pozostałe ślady mówiły o niedawnej tragedii: rozsypane komunikanty, mszał leżący na ołtarzu a otwarty na pamiętnym dniu 6 sierpnia. Najwidoczniej zabrano księży od ołtarza. Komunikanty (nie wiadomo, czy już konsekrowane) pozbierałyśmy. Wzięłyśmy także ocalałe paramenty i naczynia kościelne, aby dać je do przechowania.

Na dziedzińcu naszego klasztoru od strony ulicy Wolskiej stała armatka, biwakował niemiecki posterunek, w ogrodzie palono ciała pomordowanych ofiar. Dom spłonął doszczętnie. Zeszedłszy do piwnicy  znalazłyśmy ocalałe brewiarze, dzieła naszej reformatorki św. Teresy z Avila, kilka nadpalonych koców i trochę bielizny. Zabrałyśmy ten cenny dla nas dobytek , a jeden z towarzyszących nam żołnierzy – jak się okazało Polak z pochodzenia – otworzył książkę „Droga doskonałości”. Natrafił na zalecenie Świętej, by jej córki wiernie służyły Bogu, a wtedy nawet wrogowie zaspokajać będą ich potrzeby. Niebawem miało się to spełnić.

Żołnierz zwierzył się nam jeszcze, jak bardzo cierpiał moralnie, gdy zmuszano go do zabijania ludzi. „Rzuciłem karabin w krzaki i płakałem …”.

Bolesne dni w szpitalu wlokły się powoli, aż nagle sytuacja całkowicie się zmieniła. Szarytki ukrywały w szpitalu powstańców; znajdowała się tu również, prócz chorych, ludność cywilna. Niemcy urządzili więc „czystkę”. Dnia 12 sierpnia, przed południem rozległo się przeraźliwe: „Raus!”.

Ludziom wyprowadzonym z pawilonów kazano ustawić się na dziedzińcu i dokonano segregacji. Mężczyzn pozabijano.

Siostra Helena Berne czekała z przerażeniem patrząc, co się z nami stanie. Na skutek naszych perswazji i zaświadczenia, że Zakon Karmelitański związany jest z Hiszpanią, puszczono nas wolno. Zamierzałyśmy przedostać się do Lasek, do Zakładu, z którym łączyły nas serdeczne stosunki.

Wyruszyłyśmy w stronę peryferii ulicą Wolską, wzdłuż której czuwały gęsto rozmieszczone, niemieckie placówki. Najpierw natknęłyśmy się na młodego Alzatczyka, oburzonego do głębi tym, na co patrzył. „Ich krew będzie płynęła wysoko, strumieniami” – wołał.

Przechodząc od jednego posterunku do drugiego zostałyśmy wreszcie zatrzymane i przyłączone do grup zdążających na dworzec kolejki elektrycznej. Zawieziono nas do Pruszkowa, gdzie na dworcu w ciasnocie i brudzie czekały tłumy ludzi układając się do spoczynku gdzie się dało, nawet na zabłoconym cemencie.

Następnego dnia „załadowane” do jednego z bydlęcych wagonów zostałyśmy wreszcie wraz z trzema Siostrami Szarytkami wywiezione do Niemiec. Pociechę stanowił fakt, że jechałyśmy razem – i nie rozdzielono nas!

Wieziono nas w te sierpniowe dni w rozpalonym od żaru słonecznego żelaznym wagonie o małym, zakratowanym okienku, w nieopisanym tłoku, o głodzie i w pragnieniu (tylko niektórzy z podróżujących zdołali zabrać ze sobą żywność). Dopóki przejeżdżałyśmy przez Polskę, pociąg niekiedy stawał na stacjach, drzwi wagonów otwierano. Ludność miejscowa wychodziła wtedy na spotkanie usiłując zaopatrzyć nas w wodę i pieczywo. Była to kropla w morzu, ale jakże wymownie świadczyła o współczuciu dla rodaków. Przeważnie jednak te przystanki urządzano poza stacjami.

W ciągu całej podróży jeden raz w Niemczech w czasie południowego przystanku poza stacją rozdano wszystkim podróżnym zupę w papierowych miseczkach.

Wożono nas przez trzy doby po Niemczech, gdyż żaden obóz nie chciał już przyjąć nowego transportu, kłopotliwego zwłaszcza ze względu na bardzo niejednolity skład.

Wreszcie późnym wieczorem 15 sierpnia wysadzono nas w Wirtembergii, w małej miejscowości Betigheim, gdzie znajdował się obóz przejściowy. Wyznaczono miejsca w barakach i umęczeni ludzie odpoczęli wreszcie na nagim drzewie zapluskwionych, trzypiętrowych pryczy.

W obozie przejściowym spotkałyśmy się z Siostrami Urszulankami z Warszawy. Miały one ze sobą grupę dziewczynek, którymi się opiekowały.

Byli również w obozie Ojcowie Orioniści z klerykami i chłopcami. Dzięki temu mogłyśmy uczestniczyć we Mszy Św. odprawianej w dni powszechne w baraku a w niedzielę na obozowym boisku.

Posiłki bardzo liche i skąpe wydawano trzy razy dziennie (czarna zbożowa kawa, chleb z margaryną lub marmoladą, zupa), przy czym należało postarać się samemu o taki luksus jak miseczka na zupę, łyżka i nóż. Znalezione puszki po truciźnie, dobrze wyszorowane pełniły właśnie rolę talerzy.

W początkach pobytu panowała w barakach wielka ciasnota – w naszej izbie mieszkało 60 osób. Z czasem, gdy wielu ludzi odesłano do pracy, otrzymałyśmy osobny barak, który doprowadziłyśmy do wzorowego porządku. Na belce pod sufitem, w srebrnym, małym naczynku, schowanym w walizeczce, mieścił się Najświętszy Sakrament. A nawet dzięki temu, że szczególnym trafem zdołałyśmy uratować i zabrać ze sobą monstrancję (oraz mszalny kielich), jeden z księży mógł urządzić pewnego razu wystawienie Najświętszego Sakramentu. Wielu ludzi z obozu wzięło udział w adoracji.

Przez cały czas pobytu w Neckarsulm wiele życzliwości doznałyśmy od niejakiej Reny Orłowskiej, pełniącej tu z urzędu obowiązki sanitariuszki. Pomagała nam jak tylko mogła.

Komendant obozu nazwiskiem Schmidt okazywał zakonnicom szczególne zaufanie, pozwalając udawać się, celem wytchnienia, do pobliskiego lasku.

Pewnego dnia zjawili się w obozie przedstawiciele Gestapo. Ponieważ nie wiedziano, co zrobić z zakonnicami, gestapowcy orzekli, że wyślą nas do obozu koncentracyjnego. Na to Matka Henryka, Przełożona Sióstr Urszulanek, odpowiedziała: „O, tegośmy się po was nie spodziewali wcale!”. Gestapowcy usłyszawszy (chyba po raz pierwszy w życiu), że ktoś ma o nich dobre mniemanie, odstąpili od swego zamiaru. Zdecydowano, że pójdziemy do pracy.

I wreszcie na tym targu niewolników, jakim był nasz  „Durchgandslager” znalazł się i dla nas „nabywca”. Przedstawiciel firmy „Gebrüder Spohn” zaangażował nas do fabryki sznurków i juty w pobliskiej miejscowości Neckarsurm pod Stuttgartem.

Siostry Urszulanki wraz ze swymi wychowankami trafiły do fabryki nici w Heilbronnie, a Ojcom Orionistom w tymże mieście przypadła w udziale praca przy wyrobie przetworów i zup.

W połowie sierpnia przedstawiciel firmy Gebrüder Spohn nazwiskiem Steele zawiózł nas do Neckasulm. Tutaj otrzymałyśmy na mieszkanie jeden z domków przeznaczonych dla dzieci. Dom z małym ogródkiem kwiatowym był miły, czysty, zaopatrzony z dwupiętrowe prycze, stoły i krzesła oraz w małe, dziecięce umywalki. Z łazienki oraz z pralni miałyśmy korzystać w obrębie samejże fabryki.

Przyznano nam kartki żywnościowe oraz wynagrodzenie za pracę. Z tych szczupłych pensji po odtrąceniu kosztów utrzymania oraz ubezpieczalni niewiele zresztą pozostawało.

Mieszkańcy tego miasteczka okazywali nam wiele życzliwości. Nikt z nich nie miał pojęcia o tym, co działo się w Warszawie i starali się dowiedzieć od nas całej prawdy. Prasa informowała ich przecież, że wojska niemieckie broniły nas przed radzieckim napastnikiem. Dyrektorowie fabryki Spohn oraz Bank nieraz wypytywali ukradkiem s. Marię Jarochowską jak to naprawdę było z Warszawą. I zdumiewali się. Ludność miejscowa miała już dość hitlerowskiego reżimu, czekano na aliantów. Dyrektorowi Frei, konfidentowi Gestapo ludność obiecywała, że powiesi go na suchej gałęzi, gdy tylko wejdą wojska alianckie.

W niedzielę przychodził z pobliskiego Heilbronnu któryś z Ojców Orionistów i odprawiał w naszym mieszkaniu Mszę Św.

Do kościoła niemieckiego mogli Polacy przychodzić tylko w wyznaczoną niedzielę o południowej godzinie, gdy nie było ludności niemieckiej. Jednakże miejscowy proboszcz, zacny staruszek, który na pewno bolał nad tym stanem rzeczy (z życzliwości dla Polaków nauczył się słów: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”), przyjmował od czasu do czasu o zmierzchu naszą M. Przełożoną i  s. Marię, aby im powierzyć Najświętszy Sakrament, który następnie przechowywałyśmy u siebie.

Codziennie, bardzo wczesnym rankiem, M. Przełożona rozdzielała naszej gromadce Komunię Św., poczym wyruszałyśmy do pracy. Było jeszcze zupełnie ciemno, gdy dochodziłyśmy do fabrycznej kantyny, gdzie otrzymywałyśmy posiłki, takie same, jak robotnicy niemieccy, co oczywiście należało uważać za wyróżnienie.

Sprowadzono nas przecież do fabryki w tym celu, by podnieść moralny poziom pracujących. Nie zmuszano nad do zdjęcia habitów, nakładałyśmy tylko wielkie fabryczne fartuchy a na welony zakonne ochronną siatkę. Część naszych Sióstr zatrudniono przy warsztatach tkających jutę, nocna zmiana Sióstr natomiast pracowała przy wyrobie sznurków. Matka Przełożona otrzymała posadę dyżurnej sanitariuszki. Mnie przypadło w udziale obliczać i zapisywać produkcję juty. Jeden z moich „kolegów” mierzył utkane bale materiału, a drugi je ważył. Te dane wykrzykiwali mi do ucha (gdyż wobec panującego wokół nieludzkiego hałasu nie można było inaczej się porozumieć), ja zaś wpisywałam je do ksiąg, obliczając różne „Sollgewicht”, „ Übergewicht” etc. Starszy mój „kolega”, Niemiec, nieraz dyskretnie dzielił się ze mną drugim śniadaniem. Żalił się na naszego współpracownika, młodego, beztroskiego Belga, który co dzień o tej samej porze wymykał się od pracy, aby wypalić papierosa. „Regularnie jak zegarek” – skarżył się zacny Matthes.

Również z Siostrami pracującymi na hali fabrycznej Niemki dzieliły się swoim drugim śniadaniem. Przechodząc mimo wsuwały Siostrom raz po raz coś do kieszeni fartucha, a „kapo” pilnujący pracy zdawał się nie zauważać tej manipulacji.

Gdy po pracy wracałyśmy do naszego mieszkania poprzez ulice starego miasteczka (w którym czas jakby stanął, zapatrzony w średniowieczne mury z basztami i w zabytkowe budowle), to nieraz z okna małej kamieniczki jakaś kobieta kiwała przyjaźnie, aby nas zatrzymać i wręczyć dar – bardzo skromny zresztą, ale cenny dzięki życzliwości jaką wyrażał.

Czas nie stał jednak w miejscu, a młodsze Siostry nieprzyzwyczajone do całonocnej pracy zaczęły upadać na siłach. Wszystkie zresztą z powodu częstych nalotów byłyśmy zmuszone (na polecenie Niemców) udawać się w nocy do schronu. Fabryka odpowiadała przecież za swoje pracownice!

W Polsce nie zapomniano o nas. Ks. Kardynał Sapieha interweniował u władz niemieckich, a o. Marek Martinem de la Fuente, Hiszpan, karmelita bosy, u konsula hiszpańskiego. Poszukując nas dotarł aż do Berlina.

Wreszcie dyrekcja fabryki otrzymała nakaz, aby Karmelitanki zwolnić. Żegnano nas przyjaźnie, a my z ogromną radością pakowałyśmy swoje bardzo skromne tobołki podróżne. W drodze powrotnej, na dworcach spotykałyśmy się tu i ówdzie z objawami przychylności.

Gdy 25 października 1944 roku wysiadłyśmy wreszcie na końcowej stacji, to jest w Krakowie, bolesny widok uderzył nasze oczy. Umęczeni, zbiedzeni ludzie spali pokotem na zabłoconej podłodze, a urzędnik niemiecki, na wpół pijany, wywodził przed nami żale na swój los. Wraz z nieodstąpioną p. Łukaszewiczową udałyśmy się do klasztoru naszych sióstr przy ul. Kopernika 44. I można się domyślać radości tego powitania.

O powrocie do ruin warszawskich na razie nie można było marzyć, toteż Ojciec Prowincjał, Józef Prus kazał urządzić dla nas prowizoryczny klasztorek w parterowym domku folwarcznym we wsi Paczółtowice w pobliżu Czernej pod Krakowem.

Z początkiem listopada byłyśmy tam już wszystkie razem. Brat Wawrzyniec, karmelita bosy, przygotował prowizoryczną klauzurę i życie zakonne karmelitańskie znów się rozpoczęło.

Co dzień przychodził z czernieńskiego klasztoru któryś z karmelitów dla odprawienia Mszy Świętej. Musiałyśmy dostosować się do nowych warunków naszego dnia, gdyż dworek paczółtowicki nie posiadał oświetlenia, o naftę zaś było bardzo trudno. Trudno było także o wodę, którą w dużej beczce z dość znacznej odległości nam przywożono. Gdy opadł obfity śnieg, panowała u nas wielka radość, można było przecież nazbierać dużo tego cennego artykułu i przetopić go dla uzyskania wody.

Ojcowie karmelici w tym czasie troszczyli się o nasze utrzymanie. Starałyśmy się choć w części odwdzięczyć się, robiąc pończochy, szyjąc, przędąc na kołowrotku.

W styczniu 1945 r. przeżyłyśmy ucieczkę Niemców i przybycie wojsk radzieckich.

W lecie 1945 r. Ojciec Prowincjał udał się do Warszawy, aby obejrzeć ruiny domu przy ul. Wolskiej 27. Ruiny poczerniałe od dymu nie budziły radosnych nadziei, jednakże piękny ogród, tak bardzo potrzebny w życiu klauzurowym, natchnął Ojca Prowincjała postanowieniem odbudowy. O. Prus wszedł w kontakt z inż. prof. Marzyńskim, który sporządził plan posesji, a następnie służył nam zawsze wszelką pomocą i radą.

O. Prus zaangażował znajoma osobę do prowadzenia remontu. Do jesieni odbudowano i pokryto dachem 4 pokoiki. Kuchnię urządzono w piwnicy. Dnia 3 października przybyły dwie Karmelitanki z Paczółtowic, aby nadzorować odbudową. Wkrótce przyjechała trzecia. Od 9 listopada w małej, prowizorycznej kapliczce umieszczono Najświętszy Sakrament. Na codzienne odprawianie Mszy Św. trzeba było jeszcze poczekać.

Zimę 1945-46 roku przeżyłyśmy nie bez trudności wobec ogromnej wilgoci panującej w świeżo otynkowanych pomieszczeniach. Nieraz trzeba było wchodzić na drabinę i ścierać wodę zbierającą się na suficie. Na wiosnę 1946 roku przybyło z Paczółtowic całe Zgromadzenie. Rozpoczęła się powolna (ze względu na brak funduszów) odbudowa, trwająca dziesiątki lat. Wreszcie zabytkowy dom „Pod Opatrznością”, odbudowany według planów inżynierów Krasińskiego a następnie Żurowskiego i przystosowany do życia zakonnego odzyskał dawne piękno.

Jedynie tylko pamiątkowa tablica umieszczona na frontowej ścianie przy wejściu do kaplicy oraz krzyż w przyległym ogródku świadczą o bolesnej przeszłości tego miejsca.

 

 

 

 

+                    +                     +

 

 

 

 

 

Wyszukaj na stronie