Uroczystość Wniebowstąpienia przypomina nam o trzech ważnych tajemnicach:

1.      Wniebowstąpienie jest wywyższeniem ludzkiej natury;

2.      Wniebowstąpienie jest świętem naszej tęsknoty za Panem;

3.      Wniebowstąpienie przypomina nam, że jesteśmy obywatelami nieba; niebo – to jest adres naszego stałego zameldowania, a tu - na ziemi jesteśmy tymczasowo.

Ziemia czasem nas męczy – mamy dużo spraw „na głowie”, kłopoty w pracy, pośpiech i zagonienie, czasem kłopoty w domu, nawet w życiu duchowym nie zawsze jest postęp, czasem czujemy się jak „na jałowym biegu”. Ponadto widzimy zawirowania w Kościele, w Polsce nie zawsze jest tak, jak byśmy chcieli, świat jest na krawędzi wojny militarnej i gospodarczej, a na pewno jest wojna o wartości.

Tajemnica Wniebowstąpienia Pana Jezusa nadaje sens tym wszystkim zmaganiom, niepewnościom, problemom, lękom i oczekiwaniom.

Tajemnica Wniebowstąpienia mówi nam: jesteśmy w drodze do Nieba. Na tej ziemi zawsze będą problemy. I to one są naszą drogą do Nieba. To wszystko, co nas spotyka, jest naszą drogą, co więcej, to wszystko może nas przybliżać do Boga i do Nieba – naszej Ojczyzny i naszego Domu.

Jesteśmy zanurzeni w tym świecie, w świeckości, doczesności. Trudno nam dostrzec w tym wszystkim przejawy sacrum i odblask Boga w stworzeniu. Trudno nam dostrzec, że te wszystkie sprawy doczesne mogą nas zbliżyć do Boga. Co decyduje o tym, że doczesność staje się naszym szlakiem do Nieba, a nawet jest szansą na przyspieszenie w drodze do Celu?!

Wszystko zależy, jakimi oczyma popatrzymy na rzeczywistość. Jeżeli patrzymy oczyma wiary – wszystko pomaga nam w drodze do Nieba. Błędne jest mniemanie, że istnieje podział nasacrum i profanum, na to, co doczesne i na to, co wieczne. Dla człowieka wierzącego wszystko jest drogą ku Niebu, wszystko może nas zbliżać do Jezusa.

Tym, co przemienia profanum w sacrum jest wiara. Wiara przemienia nasze przeszkody: problemy, lęki, cierpienia, niepewność itp. w stymulatory, w „rozruszniki”, które nas kierują ku Niebu, wzbudzają tęsknotę za Chrystusem, naszym Umiłowanym.

W tę wielką Uroczystość życzmy sobie wzajemnie, by te prawdy wypływające z Tajemnicy Wniebowstąpienia nadawały sens i kierunek naszemu życiu i prowadziły do coraz ściślejszego zjednoczenia z Jezusem, już tu na ziemi, pośród naszych zwykłych człowieczych spraw, by potem osiągnąć swą pełnię w Niebie.

Dzisiejsza Ewangelia słowami św. Teresy od Jezusa…

„Już was nie nazywam sługami, (…) ale nazwałem was przyjaciółmi, bo oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego…” (J  15,15)

„…uczułam w sobie i dotąd czuję pragnienie, aby skoro Bóg ma tylu nieprzyjaciół, a tak niewielu przyjaciół, ci niewielu przynajmniej prawdziwymi byli Jego przyjaciółmi. Postanowiłam zatem uczynić choć to maluczko, co uczynić zdołam, to jest wypełniać rady ewangeliczne jak najdoskonalej i tę gromadkę sióstr, które tu są ze mną, skłonić do tego, aby czyniły podobnież” („Droga doskonałości” 1,2)

„Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej…” (J 15, 9b-10a)

„To jest kres modlitwy, (…) aby [z niej] rodziły się czyny, i jeszcze raz czyny” („Twierdza wewnętrzna” VII, 4,6)

„…To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 12-13)

„Jeśli chcecie, siostry, aby dobry był i mocny wasz fundament, starajcie się każda być najmniejszą, niewolnicą wszystkich, pilnie upatrując, jak i w czym mogłybyście jedne drugim zrobić przyjemność czy oddać jaką usługę… Miłość, gdy jest prawdziwa, niepodobna, jak sądzę, by nie rosła ciągle, a jeśli nie rośnie, snadź nie jest prawdziwa… Pan nie patrzy na wielkość czynów, tylko na miłość, z jaką je czynimy. Czyńmy wiernie, co możemy, a boska łaskawość Jego sprawi, byśmy co dzień mogły więcej… wewnętrznie i zewnętrznie zanośmy Panu taką ofiarę, na jaką nas stać. Pan zaś ją złączy z tą wielką ofiarą, jaką za nas Ojcu swemu zaniósł na krzyżu, aby przez nią ofiara nasza miała przed Nim pełną wartość i zasługę, nie wedle małości uczynku, ale wedle miary dobrej woli i miłości, z jaką Mu się bez podziału oddałyśmy” („Twierdza wewnętrzna” VII, 4,8.9.15)

„…aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go prosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali” (J 15,16b-17)

 „starajcie się być takimi, by otrzymać od Boga łaski [potrzebne Kościołowi]… Zawsze i we wszystkim usiłujcie czynić, co jest doskonalsze” („Droga…” 3,5.6).

Czuwanie, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia, może się nam kojarzyć z rzeczywistością negatywną - lękiem przed oceną naszego postępowania, przed karą, przed odpowiedzialnością do poniesienia w przyszłości. W rzeczywistości, jest wręcz przeciwnie. Ewangeliczne czuwanie to oczekiwanie na najważniejsze spotkanie w naszym życiu, na spotkanie twarzą w twarz z Tym, który nieskończenie nas kocha, to dążenie do PEŁNI życia i miłości, do osobowej komunii z Bogiem. Tylko takie spojrzenie jest prawdziwe i tylko takie spojrzenie daje siłę i motywację do wytrwałego dążenia do celu poprzez codzienną walkę z grzechem i "pożądliwościami", czyli skłonnościami do grzechów, o których mówi I czytanie. Gdy celem jest życie z Tym, kogo kochamy i sprawianie Mu radości, wtedy na drodze nic nie kosztuje, wtedy brzemię naprawdę staje się lekkie. Doskonale zrozumieli to święci. Święta Teresa od Jezusa pisze: "gdy spostrzeżesz w sobie zbytnią jaką skłonność i przywiązanie..., nie zatrzymuj się myślą przy niej, ale wszystką myśl twoją zwracaj ku Bogu, a On ci dopomoże". To samo mówi dzisiejszy psalm responsoryjny: "Naszą pomocą jest Zbawiciel świata" i "Gdyby Pan nie był po nasze stronie... wtedy żywcem by nas pochłonęli".

Jest coś, co w świecie nigdy nie będzie modne; jest coś, czego dzisiejszy świat nie zrozumie: ODDAĆ SAMEGO SIEBIE. „Chrystus przychodząc na świat, mówi: «Ofiary ani daru nie chciałeś, ale Mi utworzyłeś ciało (…). Wtedy rzekłem: Oto idę (…), aby spełnić wolę Twoją Boże».” (Hbr 10,5). Jego Wcielenie – przyjęcie ciała ludzkiego wyraża w swej głębi to oddanie. Uniżył się, stał się tym, czym nie był (por. Flp 2, 6-8), by być DLA – dla ludzi, którym objawiał wolę Ojca i życie Boże i za których to życie oddał oraz by z miłości pełnić wolę Ojca. Oddał siebie do końca na krzyżu, umierając dla zbawienia człowieka, bo „do końca [nas] umiłował” (por. J 13,1). Kluczem do wejścia w tajemnicę Chrystusa jest odkrywanie tej Jego miłości, która oddaje się do końca, która wydaje się za nas. Oddał siebie – ofiarował siebie, w ofierze tak doskonałej, że nie jest już potrzebna żadna inna, że nic już nie będzie doskonalszym kultem oddawanym Bogu – w tym wyraża się Jego bycie Wiecznym Kapłanem.

Jezus, dając nam życie wieczne, zarazem zawsze ZAPRASZA. Jest to zaproszenie, by iść Jego śladami i również oddawać siebie w codziennym życiu. Niektórych zaprasza do wyrażenia tego oddania w sposób szczególny. Tych, których powołuje na drogę kapłaństwa ministerialnego – by uobecniali wszędzie Jego ofiarę; tych, których powołuje na drogę rad ewangelicznych – by całym swoim życiem uobecniali Jego życie oddania siebie. Wszystkich jednak zaprasza do zwyczajnego, ukrytego oddawania siebie w codziennym życiu. Do stawania się zaczynem pośród świata. Do życia mentalnością, której świat nie zrozumie. Do życia bezinteresownej służby w codziennych, prostych okolicznościach, nie oczekując nic w zamian. „Oddajcie ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną” – wzywa św. Paweł w Liście do Rzymian (12,1). Katechizm Kościoła Katolickiego tłumaczy: „Życie moralne jest kultem duchowym. Składamy «ciała swoje na ofiarę…» w Ciele Chrystusa, które tworzymy, i w komunii z Ofiarą eucharystyczną. (…) Życie moralne, podobnie jak całość życia chrześcijańskiego, ma swoje źródło i swój szczyt w Ofierze eucharystycznej” (nr 2031). Bez Niego nic nie możemy, ale On, mocą swojej Ofiary krzyżowej, uobecniającej się w Eucharystii, może sprawić, że każda cząstka naszego życia będzie darem składanym Bogu. O to modliliśmy się w dzisiejszej liturgii Mszy świętej słowami modlitwy po Komunii: „ Prosimy Cię, Panie, niech święta Hostia, którąśmy ofiarowali i przyjęli, odnowi nasze życie, abyśmy nieustannie zjednoczeni z Tobą w miłości, przynosili owoce trwające na wieki”.

Czym różni się: "Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę za wszystkiego, co nabywam" faryzeusza z Ewangelii od: "W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem... odłożono mi wieniec sprawiedliwości..." św. Pawła z II czytania? Wyjaśnienie znajduje się w pozostałych zdaniach tych tekstów. Faryzeusz mówi: "JA nie jestem jak inni ludzie", a św. Paweł: "PAN stanął przy mnie... Wyrwie mnie PAN od wszelkiego złego czynu..." Chrześcijanin to ten, który pokłada całą swoją ufność w Bogu. Ma świadomość swojej słabości i grzeszności, nawet jeśli nie jest ona na pierwszy rzut oka widoczna na zewnątrz (bo wszystko rozgrywa się w sercu człowieka, gdzie pragnienie dobra miesza się często z niewłaściwymi motywacjami i tym, co jest w nas ze "starego człowieka" usiłującego kierować się egoizmem i innymi wadami głównymi). Ma też świadomość, że bez Bożej pomocy niezdolny jest się przemieniać, że wszelkie dobro ma swoje źródło w Bogu.
Dlatego w kolekcie dzisiejszej Mszy prosimy, by Bóg przymnażał w nas wiarę, nadzieję i miłość - te istotne cnoty, które kierują całe życie ku Bogu.
Jako komentarz do dzisiejszej liturgii można by podać stwierdzenia dwóch wielkich świętych Karmelu. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus mówiła, że jej Bóg okazał większe miłosierdzie przez to, że nie pozwolił, by kiedykolwiek ciężko Go obraziła. Św. Teresa od Jezusa, z przenikliwą znajomością duszy pisała: "Czasem zdaje mi się, że zupełnie nie jestem przywiązana do żadnej rzeczy stworzonej i rzeczywiście w chwili próby okazuję się taką. A znowu przychodzą chwile, kiedy taki widzę w sobie brak wyrzeczenia się wszystkiego, że lada rzecz, z której wczoraj bym się jeszcze śmiała, zajmuje mię całą, tak iż sama siebie nie poznaję. Raz zdaje mi się, że mam odwagę nieustraszoną, że nie cofnęłabym się przed żadną trudnością, gdy chodzi o chwałę Bożą, i w niektórych zdarzeniach istotnie dałam dowody takiej odwagi; a innym razem tak się czuję słabą i lękliwą, iż nie zdobyłabym się na męstwo zabicia choćby jednej mrówki w obronie sprawy Bożej, gdybym miała przez to wystawić się na jakie bądź przeciwieństwo... Przez ciągłe wmawianie w siebie jakiejś cnoty nabiera się przekonania, jakoby się ją rzeczywiście posiadało. Potrzeba więc pilnego czuwania nad sobą... Nie polegajcie na cnocie, póki prawdziwości jej pokusa i próba nie doświadczy"

Komentarz do dzisiejszej Ewangelii:
„…czyż Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18,7-8)
Dzisiejsza liturgia mówi o skuteczności modlitwy. Tymczasem doświadczenie życia wydaje się czasem przeczyć słowom Pana Jezusa: „Tyle się modliłem, a Pan Bóg nie wysłuchał”. Jak więc wygląda sprawa naszych modlitw zanoszonych do Boga?
Wyjaśnienie daje kolejne zdanie: „Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi?”
Modlitwa jest aktem dwóch osób – aktem spotkania człowieka i Boga. Jest aktem miłości, w którym powierzamy swoje życie Drugiej Osobie, dlatego że wiemy, że nas nieskończenie kocha i pragnie dla nas dobra. Tym właśnie jest postawa wiary i ściśle związanej z nią nadprzyrodzonej ufności. Wiara jest też uznaniem rzeczywistości w całej jej prawdzie: ja moimi zdolnościami ludzkimi poznaję tylko wycinek rzeczywistości, On – Bóg – zna całą rzeczywistość, wszystkie rządzące nią współzależności i prawa, co więcej przeszłość i przyszłość. Gdy to uznam, nie ograniczam działania Bożego do mojego wycinkowego poznania. Pozwalam Mu działać na Jego sposób, nawet jeśli jest w moim życiu trudny do zrozumienia. Często cytuje się przykład matki podającej choremu dziecku niesmaczne lekarstwo. Dziecko musi uwierzyć matce i uznać, że to dla jego dobra, choć chwilowe odczucie temu przeczy. Podobnie jest w naszym życiu. Czasem trudne wydarzenia, cierpienia, choroby, niedostatki mogą okazać się czasem najbardziej owocnym, czasem odkrycia wartości, na które do tej pory nie zwracaliśmy uwagi. Czasem ciężka choroba może stać się swoistymi rekolekcjami dla całego otoczenia chorego. My nie wiemy, co jest naszym prawdziwym dobrem. On – nasz Ojciec – to wie i dlatego „nie zwleka w naszej sprawie”, ale z miłością prowadzi nas przez różne wydarzenia naszego życia, oczekując naszej modlitwy, wiary, zawierzenia.
Gdyby Pan Bóg w sposób cudowny i natychmiastowy rozwiązywał wszystkie nasze problemy, życie może byłoby idylliczne, ale nie byłoby już przestrzeni wolności, rozwoju, poszukiwań, twórczości, co więcej nie byłoby już miejsca na miłość, bo ta z istoty jest darem dla drugiego. Gdyby już nic nie kosztowało, nie byłoby nawet co dać… Pan Bóg działa w inny sposób – jedyny sposób naprawdę godny istoty wolnej i kochającej – daje nam pomoc i gwarancję, że wszystko w naszym życiu możemy wykorzystać dla dobra, daje nam w każdych okolicznościach potrzebne siły i zdolności, by dążyć do prawdy i miłości. Daje nam drogę, którą szedł sam Pan Jezus. Drogę pełnego daru z siebie w Krzyżu i pełnego szczęścia w zmartwychwstaniu.

 

Czy w dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus pochwala smutek, cierpienie, ubóstwo jako sytuację dobrą i pożądaną? A może obiecuje, że kondycja nieszczęśliwego i wykluczonego sama w sobie gwarantuje wieczne zbawienie? Czy słowa z dzisiejszej Ewangelii zachęcają do troski o polepszenie sytuacji biednych i nieszczęśliwych, żeby starać się budować swoisty raj na ziemi, jak tego chce teologia wyzwolenia?

Prawda jest inna. Perspektywę błogosławieństw przedstawia nam Jezus, Syn Boży, Mądrość Boża, Ten, który Sam jest Prawdą. On sam zna najgłębszą prawdę o naszej rzeczywistości, o rzeczywistości tego świata, odkupionego Jego śmiercią, ale wciąż oczekującego na pełne „objawienie synów Bożych”. On zna najlepiej kondycję człowieka dążącego do odpowiedzi na dar Bożego odkupienia. On zna najlepiej kondycję naszego świata naznaczonego konsekwencjami grzechu pierworodnego.

Współczesna mentalność oferuje często perspektywę łatwego i wygodnego życia. Ale nie jest to życie szczęśliwe. Świadczą o tym chociażby statystyki wskazujące odsetek osób cierpiących na depresję w krajach rozwiniętych. Chrystus przeciwnie. On mówi o braniu na co dzień swojego krzyża. Ale zarazem obiecuje, że Jego brzemię będzie lekkie. Jezus nie zamydla nam oczu, nie każde odwracać głowy od faktycznych realiów życia. On uczy wejść w całej prawdzie i w całą miłością w RZECZYWISTOŚĆ, rzeczywistość naznaczoną grzechem i trudem, ale w której już jesteśmy zwycięscy mocą Jego krzyża. Jezus pokazuje, że dążenie do dobra może kosztować. Jeśli nie zamknę oczu na prawdę o świecie, który coraz bardziej oddala się od obiektywnych wartości i zmierza do nihilizmu, będę cierpieć, będę się smucić, będę płakać. Ale będę mogła też wejść w ten poraniony świat, niosąc Mu Dobrą Nowinę w sposób zgodny z powołaniem, którym mnie Bóg obdarzył: przez modlitwę i ofiarę, przez zewnętrzne zaangażowanie, przez proste bycie z innymi i dawanie świadectwa czynami, nie słowami czy przez bezpośrednie głoszenie… I będę szczęśliwa. Jeśli odejdę od logiki dążenia do posiadania za wszelką cenę, może nie „ustawię” się w życiu, może nawet będzie mi czegoś materialnie brakowało, ale wewnętrznie będę wolna, by zwrócić się ku wartościom. Nie zaplączę się w niejasne kompromisy. I będę szczęśliwa. Jeśli zachowam w każdej sytuacji prawe sumienie, inni pewnie mnie wyśmieją, ale ja pozostanę sobą, nie będę musiała bać się „bycia sama ze sobą”, nie będę musiała zagłuszać sumienia, ale będę coraz jaśniej rozpoznawać Bożą wolę i Boży zamysł. I będę szczęśliwa. Jezus zna lepiej niż najlepszy psycholog najgłębsze uwarunkowania ludzkiej duszy. Dlatego daje nam drogę błogosławieństw jako drogę do pełni, choć wydawać się to może paradoksalne. Może będzie to stroma droga na nagi szczyt, ale jak pisze św. Jan od Krzyża, potem okazuje się, że na tej górze mieszka „sama chwała Boża”: „miłość, mądrość, bezpieczeństwo, nadzieja… uczta nieustanna” i że „dla sprawiedliwego już nie ma prawa”. Jednak to jest na końcu drogi, a współczesna mentalność ucząca, że od początku nie ma prawa i wszystko jest dozwolone, parodiuje prawdę i strąca do przepaści.

Jezus pokazuje nam innymi słowy drogę dążenia do świętości. Jak wykazano wyżej, sama ta droga, choć wydaje się trudna i nieosiągalna, zaczyna stawać się szczęściem człowieka, gdy tylko na nią wejdzie. Rozeznawanie woli Bożej, szukanie dobra w całym swoim życiu, przezwyciężanie siebie i ponoszenie trudów, by to dobro realizować, przynoszą nie dające się z niczym porównać szczęście z przebywania już tu na ziemi przez wiarę przed obliczem Boga. Jednak, Jezus pokazuje i daje nam coś więcej: nieskończoną miłość i radość w życiu wiecznym. Szczęście, z którym żadna radość w życiu doczesnym nie może się równać. Szczęście nie do opisania: „jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jaki jest”. Życie doczesne jest ze swej natury dążeniem, spełnieniem i celem jest życie wieczne. Nieskończona perspektywa rozszerzająca nasze horyzonty. Tam w pełni zrealizują się w nas błogosławieństwa, jeśli tu i teraz weźmiemy swój krzyż, idąc za Jezusem.

Dzisiejsza uroczystość jest więc jednym z najradośniejszych świąt w roku – świętem pełnym światła, miłości i szczęścia, którym nasi bracia i siostry cieszą się już w niebie, a do których my dążymy, przyjmując całym sercem naukę Ewangelii: „kto pokłada w Nim nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty”.

"Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga".
Łatwo nam odnieść te słowa do innych - bogatych, decydujących o losach świata, w jakiś sposób odpowiedzialnych za różne ludzkie nędze.
Ale Ewangelia jest czymś, co stawia pytanie każdemu z nas osobiście. Pan Jezus pyta nas dziś o naszą postawę - i to głównie nie o zewnętrzne czyny, ale o postawę wewnętrzną. Dzisiejsza Ewangelia jest tak naprawdę pytaniem, o co tak naprawdę chodzi mi w życiu: o posiadanie, "ustawienie się", łatwe, wygodne życie czy o wartości, o branie co dzień swojego krzyża, by iść za Chrystusem, o budowanie Dobra. Ostatecznie: czy chodzi mi o samego siebie czy o Boga? Kto albo co jest w moim życiu realnie na pierwszym miejscu?

Dziś jest jedyny dzień w roku, kiedy w Ewangelii podczas Mszy świętej czytamy łącznie o śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa. Św. Paweł pisze: "Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli. Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni". Wczorajsza uroczystość była świętem pełni radości, Miłości i oglądania Boga twarzą w twarz. Dzisiejsze wspomnienie jest świętem nadziei i wiary. Niech właśnie postawa wiary i nadziei towarzyszą modlitwie za naszych zmarłych.

Nasze zbawienie, nasze szczęście są ukryte całe w Jezusie Chrystusie. On jest tym dobrym panem z Ewangelii, który "przyjdzie i będzie usługiwał" tym, którzy są Mu naprawdę wierni, niezależnie czy okoliczności życia są sprzyjające, niezależnie nawet od tego, czy mają świadomość obecności swojego Pana czy przeżywają życie duchowe w oschłości i walce.
W życiu chrześcijańskim wszystko dokonuje się PRZEZ Chrystusa. Te słowa, jak refren, powracają w I czytaniu (Rz 5,12-21). Do tego wzywa nas w swoim nauczaniu św. Jan Paweł II: "Nie lękajcie się! Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi". W Chrystusie wszystko zyskuje sens. To, co jest bez Niego czy poza Nim, prowadzi donikąd.

"Syn Człowieczy przyszedł szukać i ZBAWIĆ to, co zginęło". Ewangelia i pierwsze czytanie przypominają dziś nam, że Bóg wychodzi z miłością naprzeciw człowieka słabego, zagubionego, poranionego, grzeszącego... Po co? Aby go zbawić. Zbawić, czyli doprowadzić do sytuacji nawrócenia: odwrócenia się od popełnionego zła, a zwrócenia ku osobowemu Dobru - Bogu i w konsekwencji ku czynieniu dobra w swoim życiu. Jak Zacheusz z dzisiejszej Ewangelii - który za swoje nieuczciwości i złodziejstwo sam chciał odpokutować oddając część swego majątku, dlatego że spotkał Dobro i Miłość w Chrystusie. Wyjście ku człowiekowi słabemu i poranionemu grzechem ma zawsze na celu doprowadzenie go do dobra, do obiektywnego dobra, a w konsekwencji do zbawienia wiecznego. "Przyklepywanie" słabości czy nawet przyklaskiwanie jej, bo przecież Pan Bóg kocha każdego, jest wynalazkiem szatańskim, który niektórzy nazywają dziś "herezją miłosierdzia". Rozmydlanie duchowości, uczenie moralności w wersji light to jedno z największych zagrożeń dzisiejszych czasów. Prośmy Boga, aby pozwolił nam zachować jasne rozeznanie i w pełni rozumieć, że nie ma miłości bez prawdy - bez prowadzenia człowieka do prawdy obiektywnej, prawdy wiecznej.

Lektura duchowa

Wyszukaj na stronie