Teologia po karmelitańsku

Droga modlitwy

„Gdy siostry tego klasztoru Św. Józefa dowiedziały się, że mam pozwolenie od teologa (…), mojego spowiednika, napisania czegoś o modlitwie (…), poczęły nalegać na mnie tak usilnie o napisanie tego dziełka, że nie mogłam się oprzeć ich żądaniu” (1,1)– tak zaczyna się Droga doskonałości, jedno z głównych dzieł św. Teresy od Jezusa. Podręcznik modlitwy. Teresa mówi nam w nim, co to znaczy się modlić i jak się modlić.

Czy to książka tylko dla karmelitanek? Święta pisze ją jako przeorysza, na prośbę swoich sióstr. One są pierwszymi adresatkami dzieła. Droga doskonałości pozostaje zresztą do dziś „jakby podręcznikiem” dla wszystkich nowicjuszek karmelitańskich. Ale pomyliłby się ten, kto myślałby, że książka ta nie jest dla niego. Jest ona dla każdego, kto pragnie rozpocząć (czy kontynuować) wielką przygodę życia, jaką jest RELACJA Z BOGIEM. MODLITWA.

Odstraszać może język czy styl sprzed kilku wieków. Ale istota, którą przekazuje nam Święta – porywa.

Czym jest więc modlitwa? Co to znaczy modlić się?

„Prosiłyście, bym wam co powiedziała o modlitwie. Uczynię zadość żądaniu waszemu (…) Nim jednak zacznę mówić o tym, co należy do życia wewnętrznego, to jest o modlitwie, chcę pierwej dotknąć pewnych rzeczy, których przestrzegać powinni wszyscy pragnący oddawać się modlitwie” (4,3) – pisze Święta. I rozpoczyna ciąg 14 rozdziałów (ponad 1/3 liczącej 42 rozdziały książki) mówiących o tym, jak należy postępować w życiu codziennym. Prawie ani słowa o czasie modlitwy. „Co robić” zamiast „jak się modlić”. A pisze to do mniszek prowadzących życie kontemplacyjne.

Dla Teresy modlitwa nie jest bowiem jakąś praktyką czy wyodrębnionym czasem. Dla Teresy modlitwa jest życiem.Życiem w relacji. Życiem takim, by we wszystkim, co się robi, spotykać Boga i być dla Boga. Czas ściśle poświęcony modlitwie jest tylko konsekwencją tego, co robi się w życiu. W innym swoim dziele, Księdze życia, napisała: „Modlitwa nie jest to, zdaniem moim, nic innego, jeno poufne i przyjacielskie z Bogiem obcowanie  i (…) rozmowa z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje” (8,5). Ale by tak wyglądał czas modlitwy, modlitwa musi rozciągać się na całe życie.

Czy to możliwe dla człowieka współczesnego? Czy to możliwe dla człowieka żyjącego nie za klauzurą, ale w wirze świata, wśród niezliczonych obowiązków, relacji, środków komunikacji?

Wbrew pozorom – TAK. Gdyby doktryna Teresy nie była uniwersalna – dobra również dla człowieka naszych czasów – nie zostałaby ona na pewno jednym z doktorów Kościoła.

Co więc robić, żeby się modlić?

Święta Teresa podaje trzy filary każdego prawdziwego życia modlitwy, zwane tradycyjnie „królewskimi cnotami”. Są nimi:

MIŁOŚĆ BLIŹNIEGO,

ODERWANIE

i POKORA.

Dodaje następnie jeszcze jedno kryterium niezbędne, by modlić się, którym jest:

DETERMINACJA.

„Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi”(1 J 4,20b) – pisał św. Jan Apostoł. Św. Teresa potwierdza w swoich pismach tę ewangeliczną zasadę i  podaje dwa kryteria miłości: troska o prawdziwe dobro drugiego człowieka oraz bezinteresowność połączona z wielkodusznością.

Kto kocha, chce naprawdę dobra tego, kogo kocha. A czym jest prawdziwe dobro? Gdzie jest prawdziwe szczęście nasze i drugiego człowieka? Teresa wie, że nie doświadczymy go poza Bogiem. Tylko relacja miłości z Bogiem może w pełni zaspokoić serce człowieka. I odwrotnie, gdy ktoś grzeszy, żyje jakby Boga nie było, lekceważy Jego przykazania, zdąża drogą do własnej zguby. Dlatego ten, kto kocha, chce zrobić wszystko, by osoby przez niego kochane żyły jak najbardziej z Bogiem i dla Boga. I angażuje w to wszystkie swoje siły.

Nie myślmy jednak, że Teresa zachęca do moralizatorstwa czy ciągłego wytykania wad innym. Ona myśli bardziej ewangelicznie. Z jednej strony, wie, że nie należy wahać się przed ukazaniem prawdy, gdy tego wymaga sytuacja. Z drugiej, ma świadomość, że same upomnienia słowne rzadko są w stanie wzruszyć serce. Zdecydowanie głębiej przenika miłość, modlitwa, ofiara i przykład własnego życia. Dlatego św. Teresa radzi swoim siostrom i nam wszystkim: „Najwięcej powinno cię boleć, gdy spostrzeżesz … widoczną jaką wadę czy niedoskonałość; umieć tę wadę cierpliwie znosić i nie objawiać z jej powodu zdziwienia czy zgorszenia, to będzie miłość prawdziwa. (…) Będziesz więc gorąco tę [osobę] polecała Bogu, będziesz ze wszystkich sił twoich starała się spełniać jak najdoskonalej cnotę przeciwną tej wadzie…” (7,7).

Prawdziwą miłość Teresa opisuje następująco: „jest to… miłość zupełnie bezinteresowna, podobna do tej, jaką nas umiłował Chrystus. Dlatego też ci, którzy dojdą do tego stanu i tego stopnia miłości, tyle wkoło siebie czynią dobrego. Dla siebie tego tylko pragną, by mogli wziąć wszystkie bóle i ciężary drugich, aby ci cieszyli się słodkim owocem pociechy i zasługi, który z nich się rodzi” (7,4).

Ta bezinteresowność i wielkoduszność nie ma dotyczyć jedynie sytuacji wyjątkowych – modlitwy za kogoś, kto nie idzie dobrą drogą – ale ma rozciągać się na całe życie w jego najdrobniejszych przejawach. Teresa podaje przykłady: wziąć na siebie trudniejszą pracę; być z innymi i dawać im radość, mimo że akurat samemu nie ma się na to ochoty; zrezygnować z tego, co się lubi, gdy trzeba pomóc komuś innemu… Jednym słowem: zawsze bardziej szukać pożytku drugiej osoby, która stoi obok mnie, niż swojego własnego.

Czy to nie za trudna droga?

Na pewno odwraca ona całkowicie nasze zwyczajne myślenie. Ale odkryć, jaką radość kryje w sobie dawanie – a przede wszystkim dawanie siebie – może tylko ten, kto zacznie dawać. Tu sprawdzają się słowa Pana Jezusa: „Moje jarzmo jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. I to jest początek, a zarazem punkt dojścia w modlitwie – KOCHAĆ.

By kochać i modlić się, św. Teresa stawia jeszcze kolejny warunek. By kochać i modlić się, trzeba być oderwanym, czyli wewnętrznie wolnym. Bez ilu rzeczy zupełnie nie możemy się obejść w codziennym życiu? Telewizor, telefon, komputer, rozrywka, spotkania, praca… Cokolwiek… Nie chodzi, by ze wszystkiego zrezygnować, ale by umieć postępować rozumnie. Żadna z rzeczy, zajęć, relacji nie może zająć w moim życiu miejsca Boga. Teresa nie pozwala tu sobie pobłażać. NIC nie może stać na Jego miejscu ani być równie ważne, jak On. Jeśli pracuję, robię to, by służyć i czynić dobro, nie by spełniać swoje ukryte potrzeby i aspiracje. Jeśli jestem z innymi, to po to, by dawać siebie i wchodzić w prawdziwe osobowe relacje, a nie, by zapełniać swoją życiową pustkę.

Teresa nie pozostawia też złudzeń: do wewnętrznej wolności nie dochodzi się automatycznie. Jak mówi św. Jan Paweł II, „wolność jest człowiekowi zadana”. A drogą do wolności jest wyrzeczenie. Umiejętność rezygnacji z tego, co nie przynosi dobra w moim życiu. Co może nawet obiektywnie mogłoby być dobre, ale ja już nie mogę się bez tego obyć. Umiejętność patrzenia obiektywnie na rzeczy, świat i postępowania obiektywnie. Tak, by moje sprawy, mój interes, mój punkt widzenia, moja wygoda, moje zdrowie, moje… nie przesłoniły mi całego horyzontu.   

Jest w końcu warunek ostatni. Prawda. Tak – i wyłącznie tak - św. Teresa definiuje pokorę. Nie chodzi o służalczość, uniżanie się, pokazywanie, że jest się nieudacznikiem. Chodzi o postawę wewnętrznej uczciwości, przenikającej człowieka aż do gruntu, aż do głębi sumienia. Jestem tylko tym, kim jestem przed Bogiem. Noszę w sobie jednocześnie wspaniałość i godność Jego stworzenia, Jego dziecka oraz ranę grzechu. Jestem przez Niego nieskończenie ukochany, ale zarazem oddala mnie od Niego nieskończony dystans. On – jest Bogiem, ja – stworzeniem. Patrzenie w tej nadprzyrodzonej perspektywie przewartościowuje następnie podejście do całej rzeczywistości. Nie muszę szukać uznania u innych, bo moja godność jest gdzie indziej. Nie muszę obawiać się krytyki czy wyśmiania, bo to nie narusza mojej wartości. Jedyne czego muszę się obawiać, to, by nie zranić tej największej Miłości, dla której żyję. Wtedy każdą słuszną uwagę przyjmę z wewnętrzną radością (choć nadal może ona kosztować moją psychikę i wrażliwość), bo będzie mi ona pomagała w bardziej czysty sposób żyć dla Boga. Wtedy będę gotowy być sobą, być chrześcijaninem w każdych warunkach, nawet w społeczeństwie, które wprost neguje Boże prawo.

Wtedy… co więcej… nie będę się nawet domagać od Boga, by „udowadniał” mi swoją miłość, pozwalał „odczuć” swoją obecność na modlitwie. Będę chcieć czynić dobro swoim życiem, nie czekając na nagrodę.

Tak Teresa widzi modlitwę. Również czas modlitwy. Kryterium jej prawdziwości nie jest bowiem doświadczenie czegokolwiek, ale wzrastający w życiu owoc miłości. Kryterium jej prawdziwości nie jest też ilość wypowiadanych słów, odmówionych modlitw… (tu: patrz to, co powiedziano wyżej o wyrzeczeniu, bo do form modlitwy też można się przywiązać), ale wzrost relacji miłości. Gotowość na coraz więcej dla Boga.

A sama modlitwa często nie będzie nam się udawać. Teresa pisze: „Ja całe czternaście lat nie byłam zdolna rozmyślać inaczej, jeno czytając z książki” (17,3). I następnie: „Są umysły tak niespokojne, że można je porównać z koniem nieokiełznanym, którego żadna siła utrzymać nie zdoła” (19,2).

Wtedy z pomocą przychodzi nam determinacja. Postawa do głębi wyrażająca duchowość św. Teresy. Potrzebna i na modlitwie, i w całym życiu. Św. Teresa określi ją nawet przymiotnikiem: zdeterminowana determinacja, zdecydowane zdecydowanie.

O co chodzi? Najprościej rzecz ujmując, by nigdy się nie zniechęcić. Wiedząc, jak wielki jest cel naszego życia – doskonała miłość, świętość, pełna komunia z Bogiem – nie zatrzymać się ani nie zawrócić w drodze, choćby piętrzyły się przed nami wszystkie możliwe trudności. Choćbyśmy nie potrafili dać sobie rady ze swoimi wadami i słabościami, mimo ciągłych prób poprawienia się. Choćbyśmy czuli, że modlitwa nie idzie nam ani nie przynosi owoców. Choćby wydawało się, że cała ta duchowa droga jest bez sensu. Choćby inni udowadniali nam, że uganiamy się za mrzonkami, choćby negowali i wyśmiewali. Trudności przyjdą – nie ma się co łudzić. Teresa wie o tym najlepiej: „[Droga modlitwy] jest to królewska droga do nieba, wielki skarb leży na niej ukryty; nie dziw zatem, że wszystko to tak dużo kosztuje” (21,1). A czas trudny – od strony zewnętrznej czy wewnętrznej – jest zawsze czasem uprzywilejowanym, by bardziej oprzeć się na Bogu. Uwierzyć Mu, zaufać Jego miłości. Skoro On mnie kocha i pragnie mojego dobra, nie muszę się bać, jakby nie wyglądała moja droga. Taka postawa staje się czystą wiarą i miłością. A więc… czystą modlitwą. Modlitwą rozciągającą się na całe życie.

Co – w końcu – robić w czasie modlitwy? Teresa radzi: „Rozmawiajcie z Nim jak z Ojcem, jak z Bratem jak z Panem, raz w ten, drugi raz w inny sposób, jak On sam was nauczy i poda wam, co w danym razie czynić i mówić macie, aby Mu się spodobać” (28,3); „Nie żądam od was wielkich o Nim rozmyślań ani natężonej pracy rozumu, ani zdobywania się na piękne, wysokie myśli i uczucia – żądam tylko, byście na Niego patrzyły… patrzcie na Pana zmartwychwstałego; samo przedstawienie sobie chwalebnego wyjścia Jego z grobu napełni duszę waszą weselem… patrzcie na Pana w Ogrojcu. Jaki smutek był w Jego duszy!... Jeśli uczujecie w sobie potrzebę przemówienia do Niego i wylania przed Nim serca swego, mówcie i owszem; tylko nie sadźcie się na piękne i wytworne wyrazy, ale w słowach prostych, wprost z serca idących, bo On takie tylko ceni, mówcie do Niego” (25,3.4.5.6).

A wszystko po to, by móc z coraz większym przekonaniem mówić: „Pójdziemy razem, Panie; którędy Ty szedłeś, tam i ja chcę iść, przez co Ty przechodziłeś, przez to i ja przejść pragnę” (25,6). Czyli… żeby budować swoje życie coraz bardziej na Chrystusie i z Chrystusem.

„To jest kres modlitwy, aby z [niej] rodziły się czyny, i jeszcze raz czyny” – napisze Teresa na zakończenie Twierdzy wewnętrznej(VII,4,6), komentując w ten sposób stan najdoskonalszego zjednoczenia z Bogiem możliwy do osiągnięcia na tej ziemi.

Czym jest więc modlitwa? Jest życiem. Życiem już nie w pojedynkę, ale ciągłą relacją. Relacją miłości z Tym, w którego obecności żyjemy.

 

Wyszukaj na stronie