Jej droga duchowa…

W dzieciństwie spotkała obecność Chrystusa w swoim sercu, w swoim życiu, co jako małej dziewczynce pozwoliło jej się zwierzyć znajomemu kapłanowi: „Będę zakonnicą” w taki sposób, że ten był przekonany, że mówi prawdę. Dlatego, że rozumiała, że Jezus w niej żyje, nauczyła się powoli opanowywać swój trudny charakter – przeszła drogę pracy nad sobą od gwałtownych wybuchów gniewu do opanowania i troski o posłuszeństwo matce. Powoli poznawała, że żywy Bóg, którego obecności doświadczała w swoim życiu, to nie tylko jej umiłowany Chrystus, ale cała Trójca – komunia Osób, komunia Miłości. W Jej/Ich obecności chciała przeżywać swoje życie,  i to nie tylko, gdy już wstąpiła do Karmelu. „W świecie”, prowadząc życie towarzyskie, będąc na zabawach, spotykając się z przyjaciółmi, wyjeżdżając na wakacje, podziwiając piękno przyrody, grając (gdyż była wirtuozką w grze na fortepianie)… - wiedziała, że wszędzie nie jest sama, ale że żyje w niej Bóg i że żyjąc z Nim w swoim sercu, wnosi Jego obecność w otaczający ją świat. Będąc na wieczorku towarzyskim, cieszyła się na przykład, że dzięki temu jest tam przynajmniej jedna osoba, która myśli o Jezusie i w tych okolicznościach przeżywa relację miłości z Nim. Dlatego, że w miłości do Niego widziała sens swojego życia, była gotowa nawet… odsunąć w czasie upragnione wstąpienie do Karmelu, gdyż w sprzeciwie matki widziała wyraz woli Bożej na daną chwilę, a tę chciała pełnić ponad wszystko, bo przecież nie kochamy myślami i słowami, ale czynami.

Gdy już rozpoczęła życie zakonne, uderzało jej skupienie. Ona już odnalazła: wiedziała, że prawdziwe życie toczy się wewnątrz, w jej sercu, tam, gdzie żyje Bóg. To nie znaczy, że była świętą od początku. Musiała dojrzeć w wierze. Najpierw szukała Jezusa, Boga Trójjedynego trochę za bardzo w swoich przeżyciach, czuła Go w sobie i wokół siebie, radowała się tą obecnością, wszystko przeżywała w odniesieniu do niej. Jednak… to, co odczuwamy, to jeszcze nie Bóg – uczy św. Jan od Krzyża. On jest ponad tym, co widzialne, dotykalne, odczuwalne, rozpoznawalne… W nowicjacie doświadczyła więc silnych oschłości – nie potrafiła już znaleźć w sobie obecności Boga, przynajmniej tak jej się wydawało. Miała skrupuły co do drobnych codziennych sytuacji. To, co ją zamęczało, jej przełożona obiektywnie oceniła później jako „głupoty”. Ale wtedy dojrzała w wierze. Nauczyła się nie szukać już Boga w tym, co dostrzegalne, ale Bóg dał jej łaskę znalezienia Jego realnej obecności w niej. Pozwolił jej odkryć, że ten, kto miłuje, nie czyni żadnej różnicy między tym, czy coś czuje, czy nic nie czuje, czy ma na coś ochotę, czy nie ma ochoty, czy coś jest przyjemne, czy budzące odrazę; że liczy się tylko sama Osoba, którą miłujemy i to, żeby iść Jej śladami, rezygnując z pragnienia jasnego widzenia w sobie całości drogi, oddając się Jego zbawczej woli i starając się ją pełnić krok po kroku, co by nie było.

I uczyniła to heroicznie. Przez miesiące, w których nieznana w tamtych czasach choroba – chroniczne zapalenie nadnerczy, blokujące wydzielanie się enzymów trawiennych – powodowała, że powoli umierała z głodu, a każda najmniejsza porcja spożywanego jedzenia powodowała bóle nie do zniesienia. Wtedy, choć cierpiała straszliwie, nie patrzyła na swoje cierpienie, ale na to, że oddaje się pochłaniającej miłości Boga, staje się Jego „sławą chwały”, „dla dobra Jego ciała, którym jest Kościół”.

Czy naprawdę dla wszystkich?

Może brzmi to wszystko bardzo wzniośle, ale gdy spojrzymy na tę samą rzeczywistość od strony zewnętrznej, zobaczymy w Elżbiecie zwyczajną młodą dziewczynę… może nie całkiem zwyczajną, bo wiele osób z jej otoczenia intuicyjnie wyczuwało jej głębię. Jednak: żyła w konkretnej rodzinie, angażowała się w życie codzienne zgodnie z duchem swoich czasów, w klasztorze wykonywała normalne zewnętrzne prace jak każda inna siostra: szyła habity, pomagała przy przyjmowaniu gości w klasztorze…

To wszystko robiła jednak, będąc w relacji, odkrywając, że prawdziwe życie toczy się w relacji z Bogiem, który nie jest daleko, ale który żyje w nas – i dlatego, że realnie żyje w nas, staje się niejako osiągalny. On jest blisko, jest zawsze blisko, tylko my musimy chcieć żyć razem z Nim.

Elżbieta uczy nas, jak to uczynić:

1.      Nie szukajmy Boga w odczuciach. To wielkie odkrycie jej życia – szczyt jej drogi duchowej, coś, do czego musiała dojść i dojrzeć. Skorzystajmy z tego odkrycia! Życie z Bogiem opiera się na wierze, na uznaniu – nie tylko umysłem, ale egzystencjalnie – że On jest, troszczy się o nas, pozostaje cały czas bliski. To także uznanie, że On realnie żyje w nas, że w naszej duszy „jest niebo”, że On tam mieszka. To często zapominana prawda chrześcijańskiej wiary: realna obecność Boga w duszy. A dostęp do niej nie wiedzie wcale przez doświadczanie czegokolwiek, przez wywoływanie sobie sztucznych przeżyć. Dostęp do tej rzeczywistość daje nam wiara. Naśladujmy Elżbietę uznającą, że On tam jest i że chce dać Mu się prowadzić „poprzez wszystkie noce, wszystkie próżnie, wszystkie niemoce”. Tylko dlatego, że On jest Prawdą.

2.      Szukajmy tego, co nas do Niego prowadzi. Odnalezienie Boga w wierze jest czystą łaską, czymś, co nie zależy od nas, na co nie możemy sobie zasłużyć. Jednak zarazem Pan Bóg wymaga z tą łaską współpracy. Ta współpraca z łaską określana jest w teologii duchowości mianem ascezy. Asceza Elżbiety była wprost skierowana na relację z Bogiem: dlatego, że On jest, chcę zapominać o sobie. Nie w sensie nihilizmu, wejścia w próżnię, wymazywania samej siebie. Ale w sensie ciągłego patrzenia poza siebie, na Drugą Osobę, pragnienia czynienia tego, co się Jej podoba. Tylko wtedy możemy być zdolni do prawdziwych wysiłków, do opanowania tego, co w nas złe, jak Elżbieta, która dla Jezusa opanowała całkowicie swój wybuchowy charakter.

Rezygnujmy też z tego, co oddziela nas od relacji z Jezusem, co do niej nie prowadzi. Jakieś nadmierne przywiązanie? Ukryty nałóg? Coś, co sprawia, że nie jesteśmy w pełni wolni? U każdego wady są inne, ale każdy może je przezwyciężać – z miłości.

Szukajmy też obecności Jezusa pośród zajęć – poprzez proste przypomnienie sobie o Jego obecności w nas, krótką modlitwę, zwrócenie serca ku Niemu…

3.      Prawdziwa relacja z Bogiem nie wyobcowuje, ale w pełni włącza w życie. To, że Elżbieta żyła skupiona w Bogu, nie oznacza, że stała się „nie do życia” – w każdym tego słowa znaczeniu… Relacje towarzyskie w świecie, cały tom listów napisanych przez 6 lat w Karmelu, wrażenie, jakie pozostawiła po sobie: osoby prostej, życzliwej, uczynnej; głęboka przyjaźń, jaka wiązała ją z przełożoną… Ona naprawdę żyła! Tylko, że chrześcijaństwo, czyli relacja z Bogiem Trójjedynym, uczy żyć na nowym poziomie, z nową jakością, z nową głębią!

Prośmy św. Elżbietę, by codziennych okolicznościach naszego życia, uczyła nas żyć – tam, gdzie jesteśmy – prawdziwie, czyli w relacji z Bogiem, w głębi nas samych. Święta Elżbieto od Trójcy Przenajświętszej, módl się za nami.