„O mój Boże, błogosławiona Trójco, pragnę Cię kochać i sprawiać, by Cię kochano… Pragnę doskonale wypełnić Twoją wolę… pragnę być Świętą… chcę pracować wyłącznie dla Twojej Miłości, w tym jedynym celu, by sprawiać Ci przyjemność, pocieszać Twoje Najświętsze Serce… Ja ofiaruję się jako ofiara całopalna Twojej Miłości miłosiernej, błagając Cię, byś trawił mnie bez ustanku, pozwalając, byś przelewał w moją duszę potoki nieskończonej czułości zamknięte w Tobie i bym w ten sposób stała się Męczennicą Twojej Miłości, o mój Boże!... Chcę, o mój Ukochany, z każdym uderzeniem serca odnawiać Ci tę ofiarę nieskończoną ilość razy…”

Świętość to skierowanie całego życia na Boga, życie WRAZ z Nim, odkrycie Jego żywej obecności w każdej chwili życia, przebywanie z Nim, rozmowa z Nim, realizowanie poprzez wszystko (a głównie poprzez codzienne drobne sprawy i okoliczności) miłości do Niego…

Tak żyła Teresa, a ja???

„Pragnę… pracować dla uwielbienia Kościoła Świętego, ratując dusze na ziemi i wybawiając te, które cierpią w czyśćcu… Chciałabym Cię pocieszać za niewdzięczność złych… Chcę… ratować dusze, które będą Cię wiecznie kochać”

Świętość nie rodzi się ani nie rozwija w odosobnieniu. Jesteśmy powołani do życia w Kościele. Odkrycie żywej obecności Boga to odkrycie, że Kościół jest mistycznym Ciałem Chrystusa, nawet mimo grzechów czy słabości jego członków… To wzrost troski o Kościół jako mój dom, jako własność Tego, kogo kocham. To wzrost troski o innych ludzi, by oni też poznali i ukochali Chrystusa. To wzrost troski, by Jego miłość – miłość prawdziwa, nie jakieś pozory czy namiastki miłości – wzrastała w tym świecie.

Tak żyła Teresa, a ja???

„…ale czuję moją niemoc i proszę Cię, o mój Boże, byś Ty sam był moją Świętością… Skoro ukochałeś mnie aż do oddania mi swojego jedynego Syna, aby był moim Zbawicielem i moim Oblubieńcem, nieskończone skarby Jego zasług należą do mnie… [proszę] Cię, byś patrzył na mnie jedynie poprzez Oblicze Jezusa i w Jego Sercu płonącym Miłością… błagam Cię, byś zabrał mi wolność niepodobania się Tobie; jeśli czasem ze słabości upadam, niech natychmiast Twoje Boskie Spojrzenie oczyści moją duszę, pochłaniając wszystkie moje niedoskonałości, podobnie jak ogień przekształca wszystko w samego siebie. … Pod wieczór życia stanę przed Tobą z pustymi rękami, gdyż nie proszę Cię, Panie, byś zliczał moje dzieła. Wszystko, co jest naszą sprawiedliwością, jest przed Twoimi oczami splamione. Chcę więc odziać się w Twoją własną Sprawiedliwość i otrzymać od Twojej Miłości wieczne posiadanie Ciebie samego”.

Świętość to zobaczenie swojej małości i słabości wobec Piękna, Dobra, Miłości Boga. Świadomość, że na miłość Tego, który jest nieskończenie większy ode mnie niczym nie mogę zasłużyć oraz że praktycznie każde moje działanie jest skażone jakąś domieszką szukania siebie czy innych skłonności wynikających z grzechu pierworodnego. Świadomość niesamowitej dysproporcji między mną a Nim. A jednocześnie świadomość Jego pochylającej się Miłości, pozwolenie, by On zawładnął moim życiem i mnie prowadzić, by On sam był moją Świętością.

Tak żyła Teresa, a ja???