Czas trudny – czas błogosławiony,

czyli o duchowej interpretacji i przeżywaniu czasu epidemii

„Świat stoi w płomieniach!” – pisała na Podwyższenie Krzyża przeszło 80 lat temu św. Teresa Benedykta od Krzyża wobec grozy II Wojny Światowej. Jakże adekwatne są te słowa do obecnej  sytuacji. Jednakże owe „płomienie” to dziś nie konflikt zbrojny, stan wojny, lecz zagrożenie o wiele bardziej nieprzewidywalne a zarazem trudne do opanowania, z którym boryka się praktycznie cały świat. Od kilku tygodni stało się głównym przedmiotem przekazu medialnego, zintensyfikowanych działań rządów poszczególnych państw, troską milionów ludzi. Pandemia koronawirusa, jeszcze miesiąc temu raczej mało skupiająca na sobie uwagę „przeciętnego człowieka”, dziś paraliżuje praktycznie cały świat.  Jak spojrzeć na to doświadczenie? Jak je zinterpretować? Jaką postawę przyjąć wobec  tego, co wokół nas się dzieje? Jakie działania podjąć? Z tymi pytaniami zmierzył się z pewnością w ostatnim czasie każdy, kto próbuje świadomie przeżywać własną egzystencję.

Możemy na tę sytuację spojrzeć jedynie przez pryzmat wydarzeniowy, śledząc z trwogą wzrastającą co dzień liczbę zakażonych i ofiar, ulegając medialnej narracji i popadając w panikę wobec czekającej nas niewiadomej, za którą kryje się być może groza choroby, cierpienia i śmierci. Możemy bagatelizować problem myśląc, że nas nie dotknie. Możemy jednak spojrzeć na tę wyjątkową sytuację przez pryzmat wiary i ten czas Wielkiego Postu, który właśnie w cieniu pandemii przeżywamy, potraktować jako szczególne wezwanie do nawrócenia, pogłębienia relacji z Bogiem, wyjście z egoizmu i otwarcie na drugiego człowieka, który dziś niejednokrotnie tak dotkliwie cierpi, by w sposób możliwy dla nas podać mu pomocną dłoń. Ten niezwykły Wielki Post to głośne wołanie Boga skierowane do człowieka, by podjął drogę nawrócenia, by uznał w swym życiu prymat swego Stwórcy, by zwrócił swój wzrok poza próg doczesności. 

 „Nie chcę śmierci grzesznika, lecz aby się nawrócił i miał życie” (Ez 33,11)

Liturgia Wielkiego Postu często przypomina nam powyższe słowa z Księgi Ezechiela. Bóg nie jest Tym, który chce zguby człowieka. Bóg pragnie pełnego szczęścia każdej ludzkiej osoby. Pragnie go tak bardzo, że „dał swojego Syna Jedynego”, aby przyniósł światu zbawienie za cenę swojej męki i śmierci. Jednocześnie człowiek – mniej lub bardziej świadomie – zbyt często odwraca się od Boga, zwiedziony pozorami dobra. Sądzi, że buduje w jakiś sposób swoje szczęście, podczas gdy naprawdę niszczy sam siebie, niszczy miłość, którą Bóg obdarzył go od początku jego istnienia.

Czy my dziś nie zbudowaliśmy w dużej mierze takiego świata bez Boga? Świata, gdzie wielu dąży do własnego pseudo-szczęścia za cenę niszczenia innych (aborcja, eutanazja, sprzedaż broni krajom nierozwiniętym, nieludzka rywalizacja na rynku pracy i wiele innych) i za cenę niszczenia samego siebie i własnej głębokiej tożsamości (np. współczesne ideologie dotyczące seksualności człowieka)? Czy ci, którzy idą tą drogą, są naprawdę szczęśliwi? Jeśli tak, skąd tyle samobójstw, skąd tak wiele zapotrzebowanie na psychoterapeutów, skąd tak wiele różnych uzależnień? Czy zachodnie społeczeństwa nie przekroczyły „czerwonej linii”, za którą gubią się prawda, wartości, CZŁOWIECZEŃSTWO?

Jeśli tak, czy obecny kryzys nie może być odczytywany jako wielki znak STOP od Pana Boga? Uświadomienie ludziom samozagłady, do której sami zmierzali. Przypomnienie, że życie to nie eksperyment czy zabawa, że życie naprawdę ma wartość. I co więcej… że w swoim wymiarze doczesnym się kończy, że jest śmierć. Pobudzenie do refleksji: i co dalej? czy nicość, bezsens? A może: spotkanie na wieczność miłującego Boga?

Jednocześnie, nie można powiedzieć, że Bóg „zsyła” zarazę. Choroba, cierpienie i śmierć weszły na świat „przez zawiść diabła”. Bóg jest Dawcą życia, nie śmierci. On jednak potrafi cudownie przekształcić doświadczane zło w dobro, tak jak uczynił z męką Naszego Pana Jezusa, która z najbardziej ohydnego grzechu ludzi stała się życiodajnym źródłem dla każdego człowieka. Bóg jest Tym, który doświadczane zło chce DZIŚ dla każdego z nas przemienić w dobro – okazję do nawrócenia osobistego i nawrócenia całych społeczeństw.

W liturgii I części Wielkiego Postu brewiarzowe czytania Godziny czytań pochodzą codziennie z Księgi Wyjścia i kolejnych Ksiąg Pięcioksięgu opisujących wyjście Izraelitów z Egiptu. Opisy te świetnie przedstawiają działanie Boga względem człowieka. Bóg pragnie zaprowadzić swój lud prostą drogą do Ziemi Obiecanej, dać im ziemię opływającą w mleko i miód. Ale Izraelici nie wierzą Bogu – to boją się o brak pokarmu, to o brak wody, to nuży ich codzienne jedzenie manny, to w końcu obawiają się silnych plemion zamieszkujących Palestynę. Buntują się, chcą wracać do niewoli. Nie potrafią właściwie ocenić rzeczywistości ani rozpoznać swojego dobra. Bóg upomina, karze. Nie zostawia swojego ludu, ale niejako dostosowuje się do jego poziomu. Czterdzieści lat błąkania się po pustyni to nie tyle czas kary, co czas wychowania Izraelitów, dania im czasu, by dojrzeli do wejścia do Ziemi Obiecanej.

Podobnie dzieje się w naszym życiu. Bóg pragnie naszego rzeczywistego szczęścia. On wie najlepiej, czym ono jest, bo On zna nas nieskończenie dobrze i miłuje nas miłością nieskończoną. My często upatrujemy naszego dobra w rzeczach czy rzeczywistościach, które prowadzą do niewoli, a ostatecznie do zguby. Gdy wprost nie chcemy uznać, że nasze rzeczywiste dobro leży gdzie indziej, czasem trudna okoliczność życia, zawód, porażka, a w obecnej sytuacji zachwianie i zagrożenie spowodowane epidemią mogą stać się taką „odskocznią”, by wrócić do autentycznych wartości.

„A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre… Stworzył Bóg człowieka na swój obraz… Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną».” (Rdz 1,…)

W sensie globalnym jeden z takich powrotów może dotyczyć stosunku człowieka do świata stworzonego. Bóg jest Stwórcą i to, co stworzył, jest dobre. Ten sam Bóg stworzył człowieka jako należącego do tej ziemi, ale zarazem w jakiś sposób „wykraczającego” poza nią poprzez bycie stworzonym na obraz Boży, poprzez przynależność nie tylko do świata materialnego, ale też do świata duchowego – poprzez fakt, że człowiek jest nie tylko ciałem, ale też duszą. Tego człowieka Bóg postawił „na czele” całego stworzenia, dając mu władzę nad rzeczywistością materialną. Jest faktem, że człowiek wielokrotnie nadużywał i nadużywa tej władzy. Ale również jest faktem, że stawianie świata materialnego – planety, przyrody, zwierząt itp. – w centrum rzeczywistości i wartościowania uwłacza zamysłowi Bożemu, jest karykaturą porządku ustalonego przez Boga. Tu jeden z zagranicznych biskupów, odnosząc się od aktualnej epidemii, słusznie zauważył, że człowiek ubóstwił przyrodę, a teraz ta właśnie przyroda zwraca się przeciwko niemu i pokazuje, do czego prowadzi zachwiana hierarchia wartości.

Innym polem do społecznego nawrócenia jest podejście do życia ludzkiego. W dzisiejszym świecie temat śmierci z jednej strony jest wypierany poza świadomość społeczną i osobistą, a z drugiej – odmawia się prawa do życia słabym, nieużytecznym społecznie, czy to osobom w podeszłym wieku, czy niepełnosprawnym, czy nienarodzonym. Epidemia stawia temat śmierci w centrum, pokazuje jej ryzyko i nieuchronność, pokazuje również moralne okropieństwo niektórych wyborów (niewysłowiony ból lekarzy we Włoszech czy Hiszpanii decydujących komu dać respirator contra błahe podchodzenie do wyboru życie-śmierć, gdy chodzi o aborcję czy eutanazję). Epidemia staje się znakiem i sygnałem, że życie ludzkie – każde życie – ma samo w sobie niewysłowioną wartość, której trzeba chronić za wszelką cenę. Może stać się też znakiem i sygnałem, że poza życiem doczesnym, w którym często pokładamy całą naszą nadzieję, JEST życie – to życie, które jest prawdziwe, trwałe i pełne. Świadczą dziś o tym również chrześcijanie, umierający na koronawirusa, którzy swoją wiarą i nadzieją budują innych. „Idę do Miłości, do Światła, do Życia” – to ostatnie słowa świętej karmelitanki zmarłej na początku XX wieku (św. Elżbiety od Trójcy Przenajświętszej). Jak bardzo są one dziś aktualne…

Okazja do osobistego rachunku sumienia…

Chrześcijanin powinien w prawdzie rozpoznawać otaczającą go rzeczywistość i zachodzące w niej procesy. Jednak głównym jego zadaniem jest stawać w prawdzie o swoim własnym życiu i podejmować nieustanny wysiłek nawracania się do Boga i Jego odwiecznej prawdy. Tylko w taki sposób każdy z nas staje się coraz bardziej człowiekiem (w sensie zamysłu Bożego względem nas) i tylko w taki sposób jesteśmy też w stanie wnieść prawdziwie twórczy wysiłek w budowanie prawdziwego dobra na świecie. Każda sytuacja wyjątkowa może być uprzywilejowanym czasem dla dokonania takiej weryfikacji własnego życia. Sytuacje trudne powodują, że stają się jawne te aspekty naszej duchowej tożsamości, na które może wolelibyśmy nie patrzeć. Sytuacja destabilizacji codziennego życia oraz lęku przed chorobą i śmiercią jest doskonałą okazją (żeby nie powiedzieć paradoksalnie: darem od Boga), żeby zapytać samego siebie:

Na ile opieram na Bogu swoje życie?

Czy zaufanie w Jego Opatrzność jest we mnie – mimo różnych odczuwanych uczuć – silniejsze od lęku, może nawet paniki?

Czy potrafię zwrócić się do Niego w trudnościach, zawierzyć Mu swoje życie, ale też zapytać: „Panie, co chcesz, abym czynił”?

Czy sytuacje trudne zamykają mnie w moim egoizmie, czy pozwalają mi wyjść na różne sposoby ku drugiemu człowiekowi?

Zarazem pewne zatrzymanie codziennego biegu, spowodowane czy to kwarantanną, czy podejmowaniem pracy w warunkach domowych może prowadzić do zadania sobie pytania, na jakim fundamencie buduję swoje życie. Czy odniesienie do wartości nadprzyrodzonych, nieprzemijających jest jeszcze we mnie żywe? Czy może zostało zagłuszone czy przyćmione przez codzienny pęd życia? Co tak naprawdę liczy się dla mnie: wartości wyższe czy pieniądze, kariera, ustawienie się w życiu?

Stanięcie w obliczu choroby czy śmierci – nawet z oddali, jako hipotetycznie realnego ryzyka – pozwala w końcu usłyszeć głos sumienia w fundamentalnej kwestii: czy ja naprawdę wierzę w życie wieczne? I czy wierzę, że życie wieczne to w istocie spotkanie z Tym, który jest Miłością i Dobrem?

Ponowne odkrycie wartości sakramentów i wspólnoty Kościoła.

Trudna dla wielu chrześcijan sytuacja ograniczenia bądź wręcz pozbawienia życia sakramentalnego jest kolejnym wyzwaniem obecnego czasu. Pojawia się lęk, by nie osłabiło to związku z Kościołem, by nie doprowadziło do duchowej letniości czy oziębłości. Na sprawę można spojrzeć też z drugiej strony: wracając do istoty. Można bowiem przez całe życie uczestniczyć w niedzielnej Mszy świętej, ale robić to tylko z rutyny, przyzwyczajenia albo co gorsza „na pokaz”. Tak, podczas Eucharystii żywy Jezus jest blisko, ale jeśli wewnętrznie nie dążymy do spotkania z Nim, nie staramy się o skupienie, to tak, jakbyśmy odwracali się plecami do Przyjaciela, który właśnie do nas mówi. Natomiast sytuacja niedobrowolnego braku Eucharystii, bycia jej pozbawionym ze względu na obiektywne, zewnętrzne okoliczności jest dobrym miernikiem naszego zaangażowania w życie sakramentalne. Pozwala szczerze postawić sobie pytanie: czy brakuje mi Mszy świętej – nie tylko jako obrzędu, ale jako istotnego składnika mojego życia? Jeśli odczuwam do głębi ten brak, jest za co dziękować Bogu. Jeśli nie, to On sam daje teraz okazję do nawrócenia moich osobistych motywacji.

Bóg jest Tym, który pragnie doznawać czci „w duchu i prawdzie”. Dla Niego liczy się serce. Prawdziwe pragnienie Eucharystii, nawet gdy nie można go zrealizować, może mieć w Jego oczach większą wartość niż cokolwiek innego. Złączenie się z Nim w duchu, tzw. komunia święta duchowa, może okazać się praktyką bardzo owocną dla pogłębienia wiary w eucharystyczną żywą obecność Chrystusa i pogłębienia przeżywania Mszy świętej, gdy powrócą normalne warunki życia.

Obecne okoliczności mogą stać się również dobrym czasem dla pogłębienia życia modlitwy rozumianej jako osobista więź z Bogiem. Święci Karmelu są tu ekspertami w tzw. praktyce życia w Bożej obecności – ciągłym uświadamianiu sobie, że jest ze mną – i nie tylko ze mną, ale we mnie – Ten, który jest Wieczny, który jest Miłością, Ten, który chce być moim wszystkim. Mistycy uczą nas, że Bóg zamieszkuje w duszy człowieka tak samo realnie jak w Komunii świętej, z tą różnicą, że nie ma tu obecności fizycznej, a tylko duchowa. Może w czasie, gdy dla wielu Komunia święta pozostaje w sferze pragnienia, warto postarać się o pogłębienie tych innych aspektów życia duchowego i relacji z Bogiem?

Nie oznacza to oczywiście, że życie sakramentalne można czymkolwiek innym zastąpić albo że dar Eucharystii można z czymkolwiek innym porównać. Można jednak aktualną rzeczywistość przeżywać nie w kategoriach pomniejszenia, ale okazji do duchowego wzrostu – poprzez pogłębienie motywacji, dla których jesteśmy chrześcijanami i bardziej poważne potraktowanie relacji z Bogiem w całym naszym życiu, a nie tylko w jakichś wydzielonych chwilach. Można dostrzec tu wezwanie Boga, by naszego życia nie dzielić już na sacrum i profanum (czyli: trochę czasu poświęconego Jemu, a resztę mogę przeżywać jak chcę), ale starać się uświęcać i przeżywać wraz z Nim całą rzeczywistość.   

Heroiczna służba

Taka jest bowiem istota chrześcijaństwa: spójność całego życia, dlatego że spotkało się w nim Chrystusa. Temu Chrystusowi mamy oddawać cześć na modlitwie, zwłaszcza w świętej liturgii i temu Chrystusowi mamy służyć w całym naszym codziennym życiu. Chrześcijanin MUSI – bo jest to integralna część jego powołania – całym swoim życiem świadczyć o Chrystusie. O pierwszych chrześcijanach poganie mówili: „Popatrzcie, jak oni się miłują” i wielu nawracało to milczące świadectwo bardziej niż słowa. Dzisiejszy czas jest też na pewno takim czasem dawania świadectwa. W zależności od konkretnych okoliczności życia może ono przybrać różne formy.

Dla kapłanów jest to okazja do szukania nowych form apostolskiego zaangażowania. Godne pochwały są kościoły otwarte na samotną modlitwę i adorację, księża oczekujący przez cały dzień na plebanii czy w jakimś wydzielonym miejscu w kościele, by spowiadać i udzielać Komunii, inicjatywy typu błogosławienia miast Najświętszym Sakramentem. Tak, aby dawać ludziom żywego Chrystusa w sposób odpowiadający bieżącym okolicznościom.   

Dla całej służby medycznej to czas realnego oddawania siebie – swoich sił fizycznych i psychicznych aż do końca, niezależnie od odczuwanego zmęczenia, zniechęcenia czy lęku o własne życie i rodzinę. To moment naśladowania Chrystusa w Jego oddaniu się aż do końca.

Dla każdego z nas może to być czas zewnętrznego zwiększonego zaangażowania, by SŁUŻYĆ. Może to być czas pogłębiania więzi rodzinnych i budowania czy odbudowywania ich dzięki wymuszonemu przebywaniu w domu. Może to być czas zwiększonej troski o starszych rodziców czy dziadków. Jednym słowem: czas odkrycia, że w bliźnim również spotykamy Chrystusa.

Miłość silniejsza od lęku.   

W piętnaście lat od śmierci św. Jana Pawła II może warto przywołać tutaj – i dokładnie w tych okolicznościach – jego słowa z początku pontyfikatu, które były również dla niego przewodnikiem całego życia:

„Nie lękajcie się! Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi!”

Te słowa są szczególnie ważne dziś i znajdują dziś nową wymowę. Gdy jest nam trudno, gdy boimy się (wszystko jedno: choroby, śmierci czy po prostu utraty pracy), On jest z nami. Możemy zostać pozbawieni wielu rzeczy, ale nikt nas nie pozbawi Chrystusa. On pragnie, by TEN właśnie czas stał się dla nas czasem błogosławionym – czasem nawrócenia, pogłębienia przyjaźni z Nim, powrotu do autentycznych wartości, zakorzenienia naszego życia. Tylko… czy my Mu na to pozwolimy…?  

Św. Teresa Benedykta pisała w tekście na Podwyższenie Krzyża: „Świat stoi w płomieniach. Pożar mógłby ogarnąć także nasz dom… Jednak krzyż wznosi się ponad płomieniem ognia… Krzyż jest drogą, która z ziemi prowadzi do nieba. Kto obejmuje go z wiarą, ten zostanie uniesiony wzwyż, aż na łono Trójcy Przenajświętszej… Oczy Ukrzyżowanego patrzą z wysokości krzyża – pytająco i badawczo… Jaką dasz Bogu odpowiedź? «Panie, dokąd pójdziemy, Ty masz słowa życia!»”