Pierwsze dni listopada skłaniają do refleksji o przemijalności ludzkiego życia. Spadające liście, pochmurna pogoda, palące się znicze na cmentarzach tworzą atmosferę smutku, zadumy, może trochę pomieszaną z lękiem przed tym, co nieznane, co wykracza poza nasze życie doczesne. Jednak… czy tak ma wyglądać nasze chrześcijańskie spojrzenie na wieczność? A może widok obumierającej przyrody przypomni nam, że poza tym, co widzialne oczami, jest rzeczywistość inna, piękniejsza, rzeczywistość, która jest samym Życiem? A może świadomość pustki i straty po odejściu kogoś bliskiego pomoże nam zdać sobie sprawę, że kiedyś spotkamy się ponownie i radości bycia razem przed obliczem Boga nic już nie zdoła nam odebrać?

W dzisiejszych czasach niejako każe się nam zapomnieć o tym, co wykracza poza doczesność albo co najwyżej pamiętać o tym w atmosferze straty, smutku, nostalgii, może lęku. Katolicka nauka o rzeczach ostatecznych jest zupełnie inna. Warto może w kontekście listopadowych uroczystości spojrzeć na nią, odchodząc od utartych stereotypów, a wchodząc w głąb, aż do istoty.

1.       „Nasze życie się nie kończy, ale się zmienia” (z liturgii). „Idę do Miłości, do Światła, do Życia” (św. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej). Chrześcijaństwo niesie radosną pewność: jest życie wieczne! I to nie jakieś życie cieni, starotestamentalna otchłań Szeolu, ale PEŁNIA. Oglądanie twarzą w twarz Trójjedynego Boga, Tego, który jest Pełnią dobra i miłości, Tego, który sam jest Dobrem i Miłością. Bóg jest Duchem i w życiu doczesnym spotkać Go jesteśmy w stanie jedynie w wierze, która nie daje jasności widzenia. Życie wieczne święci często określali jako opadnięcie zasłony, odnalezienie pełni, która choć w jakiś sposób przeżywana, jest dla nas na ziemi zakryta. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus używa pięknego porównania: „Przypuśćmy, że urodziłam się w kraju spowitym gęstą mgłą, nigdy nie kontemplowałam radosnego widoku przyrody, zalanej, przekształconej przez świecące słońce; prawda, że od dzieciństwa słyszę opowieści o tych cudach, wiem, że kraj, w którym jestem, nie jest moją ojczyzną, że jest nią inny kraj, do którego bezustannie mam dążyć. Nie jest to historia wymyślona przez jakiegoś mieszkańca smutnego kraju, w którym jestem, jest to rzeczywistość pewna, gdyż Król ojczyzny, w której świeci słońce, przybył żyć 33 lata w kraju ciemności…” Albo biorąc porównanie z codziennego życia: przez wiele lat ktoś nam bardzo bliski przebywał za granicą, kontaktowaliśmy się jedynie przez internet, a teraz wraca do domu. Wyobraźmy sobie radość spotkania! Porównajmy ją sobie do radości z ujrzenia Boga, gdy „opadnie zasłona”, gdy zakończy się nasze życie i dojdziemy do prawdziwej ojczyzny.

2.       Święci są tymi, którzy na ziemi przez wiarę poznali tę Bożą rzeczywistość i całym sercem pragnęli wejść w tę Pełnię życia. Dla dzisiejszej mentalności są prawie nie do przełknięcia słowa wielu świętych o pragnieniu śmierci. Jednym z charakterystycznych powiedzeń św. Teresy od Jezusa było „cierpieć lub umrzeć”. Nihilizm? Masochizm? Choroba psychiczna? Nie. Tak jasne doświadczenie istnienia Boga i Jego miłości, tak jasne przeżywanie relacji z Nim, że całe pragnienie człowieka kieruje się ku temu „więcej”, które możliwe jest jedynie wtedy, gdy „ujrzymy Boga twarzą w twarz”. Co charakterystyczne, to ukierunkowanie na wieczność nie izolowało od rzeczywistości doczesnej; wręcz przeciwnie, rodziło zaangażowane i twórcze podejście do niej. Ta sama św. Teresa od Jezusa, gdy pisze o szczytach zjednoczenia z Bogiem osiągalnego w życiu doczesnym, jasno mówi: „do tego ma służyć i to małżeństwo duchowe [najwyższy stan zjednoczenia z Bogiem na ziemi], aby z niego rodziły się CZYNY, I JESZCZE RAZ CZYNY”.

Warto tu zrewidować nasze pobożnościowe podejście do świętych. Jest prawdą, że  w Niebie, będąc blisko Boga, wstawiają się za nami i orędują w naszych potrzebach. Jasno mówi o tym np. św. Teresa od Dzieciątka Jezus, gdy precyzuje, że jej niebem „będzie czynić dobrze na ziemi”. Ale modlitwa za wstawiennictwem świętych to jeszcze nie wszystko! Chodzi o to, żeby wejść na drogę, którą oni szli. Kościół jasno mówi o powszechnych powołaniu do świętości. Św. Jan Paweł II określa świętość jako „WYSOKĄ MIARĘ ZWYCZAJNEGO życia chrześcijańskiego”. Świętość to nic innego jak pełnia życia, pełnia człowieczeństwa, osiągnięcie celu, który jest wpisany w naszej ludzkiej naturze, powołanej przez Boga do istnienia i do zjednoczenia miłości z Nim. Co mi po orędownictwie świętych, jeśli moim życiem i czynami mówię „nie” temu, co oni starają się dla mnie wyprosić przed obliczem Boga? Ostatecznym celem każdego wstawiennictwa świętych, nawet jeśli pośrednio może ono dotyczyć rzeczy doczesnych, jest zbawienie człowieka. Więc jeśli proszę o jakieś dobro cząstkowe, a zarazem żyję w sposób, który nie prowadzi do Boga, istnieje w tym fundamentalna sprzeczność. Św. Rafał Kalinowski wyprosił u Boga cud uzdrowienia – czy prawie wskrzeszenia – chłopca, który po ciężkim wypadku miał rozlany mózg. Ale cud fizyczny doprowadził ponadto do nawrócenia ojca dziecka. To są prawdziwe cuda! O takie cuda duchowe przede wszystkim powinniśmy prosić. I nie tylko prosić – mamy starać się żyć tak, aby te „cuda” duchowe były naszym udziałem. A święci wspomogą nas swoimi skutecznymi modlitwami w naszym dążeniu do świętości, w naszym dążeniu do domu Ojca. Święci wspomogą nas w tym dążeniu jeszcze w inny sposób: przykład ich życia, pisma, które po sobie zostawili mogą stać się dla każdego z nas bardzo cennymi drogowskazami na drodze. Czcić świętego to nie tylko modlić się za jego wstawiennictwem, ale korzystać z jego duchowości, przemyśleć, w czym może być dla mnie wzorem, uczyć się od niego modlitwy, zawierzenia Bogu, wiary, uczyć się postawy w przeciwnościach, trudnej miłości, pokory… Wejście w taką komunię z wybranymi świętymi jest bardzo owocne dla życia duchowego.

3.       „Życie jest czymś nadzwyczaj poważnym” (św. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej). Powiedzieliśmy już, że spojrzenie ku Niebu nie wyizolowuje od życia doczesnego i jego spraw. Wręcz przeciwnie. Chrześcijaństwo afirmuje wartość życia ludzkiego, wolność człowieka, wartość jego codziennych wyborów. Współczesność przeciwnie. Uczy nas tak naprawdę nie doceniać życia. Przeżyć je „jakoś”, tak, żeby było łatwiej i wygodniej, tak, żeby dostarczyć sobie odpowiednią pulę pozytywnych przeżyć i bodźców. Propagowane jest pójście za tłumem, podążanie za modami, szukanie nowości, by zapełnić pustkę… Wolnymi decyzjami nazywa się coś, co przeczy fundamentalnej godności i wolności człowieka. Nie tak ma to wszystko wyglądać! Bóg, dając każdemu z nas życie, składa w naszych rękach ziarno, które mamy pielęgnować, rozwijać, dawać mu warunki wzrostu, aż zaowocuje w wieczności z Nim. Bóg pragnie, abyśmy do życia podchodzili w sposób bardzo świadomy. Chce, abyśmy dążyli do pełni ludzkiej wolności, rozwijali w sobie miłość, którą w nas zaszczepił. Wchodzimy tu w całą perspektywę pracy nad sobą, chrześcijańskiej ascezy, rozpoznawania prawdy w codziennym życiu i świadomych wyborów, by w sposób wolny żyć tą prawdą, a nie jakimiś nieuporządkowanymi zachciankami. Wchodzimy tu właśnie w perspektywę naśladowania świętych w ich dążeniu do pełni życia w Bogu. Wchodzimy tu również w perspektywę pięknego przeżywania każdych okoliczności życia. Nie one nas determinują. To my mamy je kształtować. Choroba, trud, starość, cierpienie, niespodziewane okoliczności… - wszystko to, co trudne, może okazać się nawet owocniejsze we wzrastaniu w dobru niż tzw. okoliczności sprzyjające. Może byś szkołą trudnej miłości, przekraczania swojej słabości czy nawet ofiarowania cierpienia dla zbawienia innych. W ten sposób wchodzimy tu w perspektywę nieskończonej wartości i NIENARUSZALNOŚCI KAŻDEGO życia ludzkiego.

Zarazem każdy wybór w życiu, każde uczynione albo pominięte dobro są czymś zupełnie niepowtarzalnym. Każda chwila jest darem od Boga, który nigdy już się nie powtórzy i który powinniśmy przeżyć w sposób świadomy. Kształtować nasze życie, wybierać, szukać możemy tylko, dopóki trwa życie doczesne. Moment śmierci jest momentem, kiedy wszystko, co czyniliśmy i kim byliśmy ukaże się w pełnym świetle przed obliczem Boga na tzw. sądzie szczegółowym. Będzie to czas przyjęcia pełnej konsekwencji za swoje życie. I podkreślić tu trzeba z mocą doktrynę katolicką: po śmierci nie ma już możliwości zmiany, opowiedzenia się „po innej stronie”. Tę możliwość mamy do ostatniego oddechu. Pogląd o możliwości „nawrócenia się” jeszcze w jakiś czas po śmierci został przez naukę katolicką odrzucony, gdyż przeczy prawom dynamizmu życia duchowego.

4.       „Jestem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie” (List do Rzymian 7,18). Gdy próbujemy w sposób świadomy i wolny podchodzić do wyzwań każdego dnia, szybko odkrywamy tę samą prawidłowość. Chcę kochać tę a tę osobę, ale tak mnie denerwuje! Dużo łatwiej byłoby mi ją na powitanie skrzyczeć. Wiem, że przyniosłoby dobro, gdybym zrobił to a to, ale tak mi się dzisiaj nie chce! Zna to każdy z nas. Ile dobra w ten sposób pominęliśmy w życiu? Ile razy wprost wybraliśmy zło, bo tak było łatwiej? Ta prosta refleksja uzmysławia nam istnienie w człowieku rzeczywistości grzechu i słabości. Człowiek, powołany przez Boga do miłości, zmaga się w sobie z dążnościami przeciwnymi. Wielką przegraną współczesnego świata jest praktyczne uznanie, że tych złych skłonności i dążności w człowieku nie ma, że wszystko, co człowiekowi przyjdzie do głowy i się zachce, z samego tego faktu jest dobre. I tak wejść można na drogę całkowitej deformacji człowieczeństwa, danego przez Boga jako największy dar. Dojść można aż do całkowitego odrzucenia w swoim życiu obiektywnego dobra, do totalnego zaprzeczenia miłości. Wolny wybór człowieka ma tak nieskończoną moc! Dochodzimy tu do przestrzeni największej tragedii, do jakiej może doprowadzić się człowiek. Tragedii wiecznego potępienia. Wielu ludzi niejako zarzuca Bogu, że nie jest dobry i miłosierny, skoro dopuszcza istnienie piekła. Prawda jest inna: Bóg chce zbawienia każdego człowieka, ale chce jego zbawienia jako istoty wolnej. Świadomy i wolny akt całkowitego odrzucenia miłości w swoim życiu wprowadza człowieka w rzeczywistość całkowitego odrzucenia Boga, który jest Miłością. W wieczności Bóg tylko niejako z bólem akceptuje wybór, którego dokonał człowiek. Nie: karze piekłem czy strąca kogokolwiek do piekła. Ale: pozwala człowiekowi być wolnym aż do końca, aż do tego straszliwego wyboru odrzucenia miłości.

Z prawdą o wiecznym zbawieniu lub potępieniu wiąże się prawda o istnieniu osobowego zła – szatana. Można tu wskazać na dwa przeciwstawne sobie błędy, obydwa obecne we współczesnej duchowości. Błędnym jest niejako „ubóstwianie” diabła, uważanie go, jak głosił manicheizm, za siłę zła równoważącą dobroć Boga. Bogiem, Stwórcą, Pełnią, jest tylko Bóg Trójjedyny. Szatan jest jedynie stworzeniem, stąd przypisywanie mu prerogatyw boskich jest ogromną pomyłką. Podobnie w praktyce życia duchowego błędem jest przesadny lęk przed szatanem, jakoby miał nieograniczony wpływ na naszą rzeczywistość, widzenie go wszędzie i przypisywanie mu wszelkich niepomyślnych okoliczności życia. Św. Teresa od Jezusa pisała, że zawsze bardzo obawiała się tych, którzy bardziej boją się szatana niż kochają Boga i że najskuteczniejszą obroną przed złym duchem jest pełne zwrócenie się ku Bogu i troska o czyste sumienie. Jednak jeszcze bardziej szkodliwe jest odrzucanie prawdy o istnieniu złego ducha jako siły osobowej. Jest to herezja godząca tak naprawdę również w całą prawdę o duchowej strukturze świata stworzonego przez Boga, a również o procesach duchowych zachodzących w samym człowieku. Słusznym jest stwierdzenie, że największym zwycięstwem diabła w czasach współczesnych jest doprowadzenie do myślenia, że on nie istnieje. Daje to wolną drogę dla całkowitego subiektywizmu i laksyzmu w konkretnych wyborach moralnych.

5.       Czym natomiast jest czyściec? Jest praktyczną realizacją Miłosierdzia Bożego. Jak wspomniano, jeśli ktoś od początku do końca odrzucił Miłość, konsekwencje tego poniesie przez całą wieczność. Jeśli jednak Bóg odnajdzie w kimś choćby małe ziarenko prawdy, dobra i miłości, jeśli odnajdzie w kimś choćby w minimalnym stopniu, choćby już bardzo zdeformowany, obraz swojego Syna, pragnie, aby ta miłość również została utrwalona na wieczność. Zarazem wszystkie braki, wszystkie rysy, wszystkie brudy, który przyćmiły tę Miłość, nie pozwalają jeszcze wejść w pełną komunię z Tym, który jest samą Miłością, bo nie ma tu pełnej jedności i pełnego podobieństwa. Stąd Bóg daje człowiekowi w wieczności sposobność oczyszczenia miłości, zmazania tych wszystkich brudów, które deformują jego podobieństwo do Boga. Sam człowiek, gdy na sądzie szczegółowym widzi już jasno całą prawdę o sobie, na ziemi często zamazaną przez mechanizmy obronne i inne tego typu procesy, zyskuje świadomość, jak wiele w nim „nie pasuje” do Boga. Sam człowiek widzi wtedy, jak jego miłość wymaga oczyszczenia i sam tego oczyszczenia miłości pragnie, aby móc wreszcie odpowiedzieć na miłość Boga, na którą tak źle odpowiadał w życiu ziemskim. Tym właśnie jest czyściec. Jest stanem DOROŚNIĘCIA do pełni miłości w Niebie, jeśli do tej pełni nie dorosło się na ziemi. Stanem, w którym wszystko to, co we wnętrzu człowieka nie było z miłości, musi zostać ostatecznie wypalone. Zarazem czyściec nie jest „trzecią drogą” pomiędzy piekłem a niebem. Czyściec jest po stronie nieba, jest stanem osób zbawionych, jest stanem osób, w których Bóg odnalazł miłość, choć ta miłość jest jeszcze niedoskonała. Stąd we współczesnej teologii mówi się zarazem o radości i cierpieniu dusz czyśćcowych. Radości, bo już zobaczyły Boga, poznały Kim jest i wiedzą, że będą się Nim radować przez wieczność. Cierpienia, bo nie są wystarczająco dojrzałe, by od razu cieszyć się tą miłością, widzą z całą ostrością dystans między Bogiem, który jest samym Dobrem, samą Miłością, samą Prawdą, samym Światłem a sobą, ze wszystkimi pozostałościami ziemskich grzechów i niedoskonałości, ze wszystkim tym, co jest w nich brudem, a nie świętością. Stan czyśćca jest stanem przeżywanym przez duszę ludzką po odłączeniu od ciała. Stąd i radość, i cierpienie dusz czyśćcowych są dużo intensywniejsze niż na ziemi. Zarazem, gdy człowiek cierpiał na ziemi, jego cierpienie było zasługujące: połączone z męką Chrystusa, mogło wyjednać wiele pożytku dla danej osoby i jej bliźnich. Cierpienie w czyśćcu nie jest już zasługujące, jest jedynie oczyszczające. Prawda o komunii świętych, zakładająca przepływ dóbr duchowych między Kościołem walczącym na ziemi a Kościołem triumfującym w niebie i oczyszczającym się w czyśćcu, zachęca nas do modlitwy za tych naszych braci i siostry, który cierpią w czyśćcu, gdyż jeszcze nie kochają tak, jak Bóg chce, by kochały, a same nie mogą sobie pomóc w tym cierpieniu. Stąd rodzi się praktyka modlitw, ale też ofiar i odpustów ofiarowanych w intencji zmarłych, do której Kościół gorąco zachęca.

Prawda o czyśćcu może też być dla każdego z nas dodatkową zachętą, by już na ziemi dążyć do jak najczystszej miłości, by już teraz rezygnować z tego, co zniekształca w nas obraz Chrystusa, choćby były to rzeczy tak głęboko ukryte, że nikt poza nami o nich nie wie i choćby miało nas to kosztować cierpienie. Teraz możemy to cierpienie ponieść z miłości do Chrystusa i w dodatku ofiarując je za innych ludzi, a kiedyś w czyśćcu będzie to cierpienie czyste, już nie zasługujące.

Istnieje cała rzeczywistość, której nie widzimy, a która jest rzeczywistością Prawdy, Dobra i Miłości. Nasze życie tu i teraz to tylko „wyrywek” z wieczności, ale wyrywek jakże ważny, bo determinujący całą resztę. Pozostaje tylko powtórzyć za św. Teresą od Jezusa: „Zdobywajmy się na świętą zuchwałość: pragnijmy i za łaską Bożą usiłujmy stać się świętymi!”